... a nawet przerażenie przeżyłam.
Drugi raz w tym dniu witajcie Kochani!
Wekowałam dziś sałatkę według przepisu jednej z facebookowych koleżanek, więc na obrządki wyszłam późno. Noc już prawie była. Przynajmniej, całkiem już było ciemno. Światło na podwórku jest, więc zbytnio tam się nie przejmowałam. Drepcze se po woli, podziwiam gwieździste niebo, dziwię się dziwnej ciszy... A no tak, prawie jesień, ptaki odlatują, a te, co zostają, już nie śpiewają, no bo po co? Na wiosnę trze gardełko oszczędzać.
I raptem...zdrętwiałam... Z drugiego końca wsi, gdzieś zza kłuniow, jak u nas mówią (z poza stodół) doniosło się rozległe, na wysokiej nucie, rozpaczliwe wycie. Szczękę mi zaklinowało...
Ja tam zbyt strachliwa nie jestem, ale w różnego rodzaju nieznane-niewiadome straści-mordaści, jak to Rosjanie mówią, wierzę. Skura mi na plecach w harmonijkę się zebrała. Po kilku sekundach wycie się powtórzyło. Potem znów... i znów... Nie wytrzymałam. Jak petarda, "strzeliłam" do piwnicy, gdzie siedział mąż: "Chodź! Szybciutko!" Wyszedł. Przez jakiś czas była cisza. I raptem... Jeju! I teraz mi włosy na karku dęba stają!
- Sowa, - jednoznacznie powiedział mąż i poszedł z powrotem do piwnicy.
- Hej! Stój! Słyszałeś kiedyś, żeby sowa tak wyła?
- Nie. Ale co by to jeszcze mogło być, jeśli nie sowa? - i znikł. Fakt, pod tym względem u niego wyobraźni żadnej...
Zostałam sama. A obrządki robić trze, Zwierzyna żreć chce. Tak i chodziłam po podwórku, pod akompaniament wycia nieznanego stwora. Regularne, co 15-17 sekund, ciągłe po 5-6 sek, bez przerwy... Jak już usiadłam do dojenia, to zauważyłam, że stoi niezwykła cisza. Zazwyczaj o tej porze po całej wsi psy swoje koncerty dają, gdzieś tam muzyka gra, koguty w kurnikach za zegarki pracują, samochody jeżdżą... A tu - nic! Nic, oprócz tego wycia. Nawet żaba drzewuszka, co to w moich winogronach się zadomowiła i całe wieczory i nocy kumkała, jak wynajęta, i ta gdzieś się podziała. Strach mnie opętał taki, że podskakiwałam nawet od chrumkania siana na zębach u kozy. A już jak pies łańcuchem brzaznął, to serce u mnie czemuś w gardle się okazało. Pewnie, śmiejecie się teraz, co? Ale mi na prawdę nie do śmiechu było!
Trwało to ze 20 minut. W końcu ustało. I po jakichś 5-7 minutach odezwał się na drugim końcu wsi pierwszy pies, za nim drugi i... Wszystko wróciło do normy. Wszystko, oprócz moich nerwów. I teraz jeszcze mam dreszcze... Scenariusz horroru normalnie...
I co to miało być? Czupakabra jakaś u nas się pojawiła, czy co? Czy jeti? Nie, jety to nie, za wysoki głosik, jak na takiego olbrzyma. Ale czupakabra? Wyła z rozpaczy pewnie, że wszystkie kurniki zamknięte, i porozrabiać się nie da. No bo co tu jeszcze? Krowy na łąkach są. Ale krowa to wiadomo... jak coś nie po niej, to jak przywali kopytem, albo gwizdnie ogonem, to i wycie kamieniem w gardle stanie.
Tak czy inaczej, faktem jest jedno: ja już nie szybko wieczorem sama w pole wyjdę. Nawet pełnia mnie chyba teraz tam nie ściągnie. A może, tym bardziej pełnia...
A to sałatka, winowajca dzisiejszego zamętu i moich potarganych nerwów:
Jeszcze parę nocnych zdjęć na dobranoc...
Dobrej nocki życzę Kochani! Bez koszmarków :)
Pa!
PS. Witam nową obserwatorkę :) Dziękuję!
O tym, jak żyję, czym się zamartwiam, o czym marzę... Jak radzę sobie z nudą i rutyną codzienności :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opisy zdarzeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opisy zdarzeń. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 września 2016
poniedziałek, 28 marca 2016
Jelonka...
Jest taka wieś w powiecie hajnowskim na Podlasiu. Fajna nazwa, prawda? :)
Witajcie Kochani!
Na razie nie dogrzebałam się, skąd nazwa pochodzi. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że dookoła lasy, to nic dziwnego w takiej nazwie nie ma. Wieś ta dawno budziła moje zainteresowanie. Ale że znajduje się trochę na uboczu tych dróg, którymi jeżdżę na co dzień, to musiała doczekać się okazji.
Kiedyś przez wieś szła droga z Połowców (przejście graniczne z Białorusią) do Hajnówki. Była bardzo uczęszczana, więc co ni rusz dochodziło tu do kolizji. Dzięki Bogu, bez ofiar ludzkich, ale ile musieli powypłacać rolnicy za potrącone przez krów samochody!!! ;) Wiadomo, rolnik winien zawsze i wszystkim. I nikogo nie obchodziło, że to wieś, że tu mogą być dzieci, zwierzęta... Przelatywały samochody, prawie nie zniżając prędkości. I płacili za to rolnicy: i krów tracili, i za uszkodzenie samochodów płacili. Kilka lat temu, przy okazji przebudowy tej drogi, poprowadzono ją w obchód wsi. Teraz tam cisza i spokój. Ale, jak mówią mieszkańce, zdecydowanie za późno. Zostało we wsi 32 osoby, w tym tylko jedna chyba rodzina z małym dzieckiem. Pozostałe to emeryci. Wieś jest kilometrach w 20 od Hajnowki i około 5 od najbliższego sklepu, w Dubiczach Cerkiewnych. Czyli, miejsce nie zbyt sprzyjające rozwojowi socjalu.
Mnie natomiast interesowała ona pod innym względem. Kiedyś jeździłam tu dość często i widziałam około wsi w zaroślach krzaczorów kilkanaście starych krzyży. Interesowała mnie ich historia, bo nie wyglądały one na zwykłe wiejskie lub przydrożne. Wczoraj, z okazji wolnego, postanowiliśmy z Tajfunem uczynić przejażdżkę w tamte strony.
Ta kapliczka jest szczególnie interesująca. Typowy motyw i wystrój katolicki z prawosławnym krzyżem u góry, na prawosławnym cmentarzu. Taka kwintesencja tutejszej kultury, wiekowej mieszanki wiar i obyczajów.
Tak, to jest stary, dawno opuszczony cmentarz. Chowano na nim mieszkańców wsi do czasu, póki okolice nie zdziesiątkowała epidemia cholery. Prawdopodobnie, to był rok 1832. Przynajmniej, choleryczny cmentarz niedaleko mojej wsi jest datowany tym rokiem.
Wtedy władze zabroniły pochowków na starym cmentarzu, bo był blisko wsi i drogi. Przeniesiono pogrzeby głębiej w las i tak to już zostało. Natomiast ten po woli zarastał i zanikał. W 20 wieku pochowano tu jeszcze kilka osób z jednej rodziny, przodkowie której tu już byli. Ostatni pogrzeb odbył się chyba na początku lat 90-ch. Ale to już były pojedyncze wydarzenia. Siostra ostatniego pochowanego pobudowała właśnie tę kapliczkę. To była ostatnia osoba, która opiekowała się tym starym cmentarzem. Potem zmarła i ona...
W 2015 roku zakończono budowę nowej drogi. Jest szeroka, czysta i równa, jak lotnisko :) Z niej odkrywa się widok na stare krzyże. Ksiądz prawosławnej parafii w Dubiczach Cerkiewnych, do której należy Jelonka, zaczął porządkowanie cmentarza. Zostały częściowo powycinane krzaki, wysprzątane śmieci. Mam nadzieję, że w tym roku prace będą kontynuowane. Widziałam wczoraj świeżo ułożone płytki chodnikowe, które ułatwiają dostęp z drogi do krzyży.
Pomimo cmentarnych krzyży, na wjeździe do wsi ze strony Hajnówki po obu stronach drogi stoją także krzyże wiejskie. Według obyczajów podlaskiej ludności, mają one za zadanie chronić wieś i jej mieszkańców od wszelakich napaści.
Ale mimo tej ochrony w 2004 roku Jelonkę nawiedziła kolejna klęska. Jechaliśmy wtedy akurat ze starszym synem (miał wtedy 8 lat) z granicy. Gnała nas potężna czarna chmura. Tylko zdążyliśmy wskoczyć do domu, jak rozpętała się straszna, ale krótka burza. A po półgodziny dzwoni znajomy, z którym razem staliśmy w kolejce na granicy i pyta, czy wszystko z nami w porządku. Okazało się, że w tym czasie przez las po obu stronach granicy przeszła potężna trąba powietrzna. która położyła pas drzew szerokości około 30 do 50 m. Wieś okazała się na jej drodze. Prawie nie zostało dachów na domach, rozwalone zostały stodoły, szopy i chlewy. Cudem obeszło się bez ofiar. Władzę i ubezpieczenia pomogły odbudować wieś. Szczególne wrażenie na mnie wtedy wywarł, przygnieciony powalonym drzewem wiejski krzyż... Teraz na jego miejscu stoi nowy, postawiony w tym samym roku.
Teraz to cicha umierająca wioseczka. Połowa domów stoi pustych. Na każdym nowy, piękny dach, ale... brak życia...
To tyle na dziś...
Pa Kochani! Dziękuję, że jesteście ze mną!
Witajcie Kochani!
Na razie nie dogrzebałam się, skąd nazwa pochodzi. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że dookoła lasy, to nic dziwnego w takiej nazwie nie ma. Wieś ta dawno budziła moje zainteresowanie. Ale że znajduje się trochę na uboczu tych dróg, którymi jeżdżę na co dzień, to musiała doczekać się okazji.
Kiedyś przez wieś szła droga z Połowców (przejście graniczne z Białorusią) do Hajnówki. Była bardzo uczęszczana, więc co ni rusz dochodziło tu do kolizji. Dzięki Bogu, bez ofiar ludzkich, ale ile musieli powypłacać rolnicy za potrącone przez krów samochody!!! ;) Wiadomo, rolnik winien zawsze i wszystkim. I nikogo nie obchodziło, że to wieś, że tu mogą być dzieci, zwierzęta... Przelatywały samochody, prawie nie zniżając prędkości. I płacili za to rolnicy: i krów tracili, i za uszkodzenie samochodów płacili. Kilka lat temu, przy okazji przebudowy tej drogi, poprowadzono ją w obchód wsi. Teraz tam cisza i spokój. Ale, jak mówią mieszkańce, zdecydowanie za późno. Zostało we wsi 32 osoby, w tym tylko jedna chyba rodzina z małym dzieckiem. Pozostałe to emeryci. Wieś jest kilometrach w 20 od Hajnowki i około 5 od najbliższego sklepu, w Dubiczach Cerkiewnych. Czyli, miejsce nie zbyt sprzyjające rozwojowi socjalu.
Mnie natomiast interesowała ona pod innym względem. Kiedyś jeździłam tu dość często i widziałam około wsi w zaroślach krzaczorów kilkanaście starych krzyży. Interesowała mnie ich historia, bo nie wyglądały one na zwykłe wiejskie lub przydrożne. Wczoraj, z okazji wolnego, postanowiliśmy z Tajfunem uczynić przejażdżkę w tamte strony.
Ta kapliczka jest szczególnie interesująca. Typowy motyw i wystrój katolicki z prawosławnym krzyżem u góry, na prawosławnym cmentarzu. Taka kwintesencja tutejszej kultury, wiekowej mieszanki wiar i obyczajów.
Tak, to jest stary, dawno opuszczony cmentarz. Chowano na nim mieszkańców wsi do czasu, póki okolice nie zdziesiątkowała epidemia cholery. Prawdopodobnie, to był rok 1832. Przynajmniej, choleryczny cmentarz niedaleko mojej wsi jest datowany tym rokiem.
Wtedy władze zabroniły pochowków na starym cmentarzu, bo był blisko wsi i drogi. Przeniesiono pogrzeby głębiej w las i tak to już zostało. Natomiast ten po woli zarastał i zanikał. W 20 wieku pochowano tu jeszcze kilka osób z jednej rodziny, przodkowie której tu już byli. Ostatni pogrzeb odbył się chyba na początku lat 90-ch. Ale to już były pojedyncze wydarzenia. Siostra ostatniego pochowanego pobudowała właśnie tę kapliczkę. To była ostatnia osoba, która opiekowała się tym starym cmentarzem. Potem zmarła i ona...
W 2015 roku zakończono budowę nowej drogi. Jest szeroka, czysta i równa, jak lotnisko :) Z niej odkrywa się widok na stare krzyże. Ksiądz prawosławnej parafii w Dubiczach Cerkiewnych, do której należy Jelonka, zaczął porządkowanie cmentarza. Zostały częściowo powycinane krzaki, wysprzątane śmieci. Mam nadzieję, że w tym roku prace będą kontynuowane. Widziałam wczoraj świeżo ułożone płytki chodnikowe, które ułatwiają dostęp z drogi do krzyży.
Pomimo cmentarnych krzyży, na wjeździe do wsi ze strony Hajnówki po obu stronach drogi stoją także krzyże wiejskie. Według obyczajów podlaskiej ludności, mają one za zadanie chronić wieś i jej mieszkańców od wszelakich napaści.
Ale mimo tej ochrony w 2004 roku Jelonkę nawiedziła kolejna klęska. Jechaliśmy wtedy akurat ze starszym synem (miał wtedy 8 lat) z granicy. Gnała nas potężna czarna chmura. Tylko zdążyliśmy wskoczyć do domu, jak rozpętała się straszna, ale krótka burza. A po półgodziny dzwoni znajomy, z którym razem staliśmy w kolejce na granicy i pyta, czy wszystko z nami w porządku. Okazało się, że w tym czasie przez las po obu stronach granicy przeszła potężna trąba powietrzna. która położyła pas drzew szerokości około 30 do 50 m. Wieś okazała się na jej drodze. Prawie nie zostało dachów na domach, rozwalone zostały stodoły, szopy i chlewy. Cudem obeszło się bez ofiar. Władzę i ubezpieczenia pomogły odbudować wieś. Szczególne wrażenie na mnie wtedy wywarł, przygnieciony powalonym drzewem wiejski krzyż... Teraz na jego miejscu stoi nowy, postawiony w tym samym roku.
Teraz to cicha umierająca wioseczka. Połowa domów stoi pustych. Na każdym nowy, piękny dach, ale... brak życia...
To tyle na dziś...
Pa Kochani! Dziękuję, że jesteście ze mną!
poniedziałek, 22 lutego 2016
Problemy: Puszczy i nasze...
Dziś poruszę bardzo bolący, nieprzyjemny i niewygodny temat. Post będzie długi i nudny, i pewnie nie wszyscy dotrwają do końca. Ekologia w Puszczy Białowieskiej. Zmusiła mnie do jego napisania dyskusja, rozwiązana dziś na Facebooku. Pisałam już na ten temat kiedyś. Obiecałam, że więcej nie będę. Ale niestety, sytuacja się pogarsza w tempie błyskawicznym, a wina, jak zwykle, zwala się z winowajcy na poszkodowanego.
Ponad pięć lat temu, jak tylko zaczęła się cała ta awantura o Puszczę, ten fars o nazwie Natura 2000, cała sytuacja wydawała się na tyle absurdalna, że nikt praktycznie nie wierzył w to, że TO wejdzie w życie. Niestety, ktoś podpisał ten straszny w swojej bezmyślności dokument, nie czytając, jak to u nas się wodzi, drobnego druczku. Albo i przeczytał, ale wygody własne przeważyli troskę o dobro dobra narodowego. Moje słowa komuś mogą pokazać się szydercze. No, nie zaprzeczam, tak jest. Ale proszę pamiętać, że my jesteśmy z Puszczą codziennie, rok po roku już od wielu lat! Ja pamiętam jeszcze malutkie, które z trudem można było wyszukać wśród mchu, roślinki, które stały już pięknymi dużymi drzewami. I potężne przepiękne olbrzymy, od których teraz zostały tylko straszne szkielety, chociaż przyroda miała dla nich jeszcze wiele, wiele lat życia. Ale my im nie pomogliśmy, i one zginęły.
![]() |
| Te "okorowane" świerki martwe już od jakiegoś czasu. Z nich kornik już dawno wyleciał i zdążył już zniszczyć setki innych drzew. |
![]() |
| Te rude korony, to "świeżo" martwe, jeśli tak można powiedzieć. |
Chyba kiedyś już pokazywałam te zdjęcia. Nie robię nowych w zasadzie. To zbyt straszne widoki.
Często słyszę, że martwe drzewo w Puszczy jest potrzebne. Oczywiście, że potrzebne! Kto o to dyskutuje? To i próchnica, i miejsce zamieszkania milionów żyjątek, i pokarm dla olbrzymiej ilości ptaków. Samo martwe drzewo nie jest w Puszczy problemem. Problemem teraz jest jego ilość, i sposób, w który powstaje. A mianowicie, kornikowa inwazja na świerki. Ile drzew na hektar lasu rocznie pada w zwykłych warunkach? Kilka. Góra kilkanaście. A jeśli pada kilkadziesiąt? A jeśli kilkaset? Absurd? Wcale! Pod koniec lata-początek jesieni na terenie tylko jednego leśnictwa Krynoczka było odnaleziono około 4500 świeżo zaatakowanych przez kornika świerków. Świeżo! Nie mówię o tych, co już stoją martwe. Jesienią wszystkie tryby były usłane grubą warstwą igliwia, samochód jechał, jak po pierzynie. W lesie pod igliwiem nie widać było mchu. Są miejsca, gdzie na kilka hektarów nie można znaleźć ani jednego żywego świerka. Nawet młode są martwe. Sterczą w niebo tylko straszne gołe kości. Uwierzcie mi, nie przesadzam. Mogę zaprowadzić i pokazać. Na koniec jesieni na terenach ściśle chronionych, czyli tam, gdzie nawet wstęp nieupoważnionym wzbroniony, liczyło się już ponad milion martwych drzew! PONAD MILION!!! Wyobraźcie tylko sobie tę liczbę! A teraz wyobraźcie co innego. Ile da rady stać suchy świerk? Rok? Góra dwa. Potem pada. Brzoza, na przykład, ma giętkie, a do tego kruche gałęzie. Jeśli pada, gałęzie pod nią się łamią i konar praktycznie leży na samej ziemi. Natomiast świerk gałęzie ma twarde, które nie łamią się tak łatwo, a jeśli już, to mają ostre, niebezpieczne miejsca złamań. I konar leży od 0,5 do 1,5 m nad ziemią, oparty na tych odłamkach i odłamkami że grożąc we wszystkie strony. A teraz wyobraźcie sobie, ze na nie takiej już dużej powierzchni lasu pada ponad milion takich konarów. No, po pierwsze, nie wszystkie będą w stanie upaść, będą się zawieszać jedno na drugim, stwarzając na prawdę katastrofalne niebezpieczeństwo dla zamieszkującej te tereny zwierzyny. A po drugie... Jaki zwierz da radę przebić się przez tak potężne, pewnie 3-4 metrowe "barykady"? Lis, może jeszcze zając. Ale na pewno ani sarenka, ani jeleń, ani nawet żubr. I zwierzyna zostawi te lasy, szukając sobie bardziej przydatnego do zamieszkania miejsca. Żubry już co raz częściej i na dłużej wychodzą z Puszczy w pola i na łąki, bo są już miejsca, gdzie one nie w stanie są się poruszać. A i sarenki... Widzieliście kiedyś nadzianą w skoku na ostry odłamek gałęzi sarenkę? A ja widziałam! I uwierzcie mi, widzieć jej cierpienia było jednym z najkoszmarniejszych przeżyć mojego życia!
A i młode rośliny przez taką warstwę do światła się nie przebiją. Ile trzeba czasu, by te drzewa spróchniały i opadły na ziemię? 20? 30 lat? Nawet nie wiem... To kiedy na tym miejscu znów powstanie Puszcza? I czy będzie to już TA SAMA Puszcza? A przecież wystarczyło na początku lata, jak tylko kornik zaatakował pierwsze drzewa, ściąć je, te 20-30, a pozostałe setki by żyły nadal! Nadal służyły by domem dla ptaków i nadal produkowały by miliony metrów sześciennych tlenu.
Najpopularniejsze oskarżenia w nasz adres dotyczą tego, że my dla pieniędzy gotowi jesteśmy całą Puszczę wyciąć pod korzeń. Sorry bardzo! Popróbujcie na to popatrzeć z naszego punktu widzenia. My pracujemy w Puszczy. My z Puszczy żyjemy. Wychowujemy swoje dzieci, doglądamy rodziców. Musimy na to wszystko mieć pieniądz, i owszem. Ale! Nam z mężem do emerytury jeszcze 15-19 lat. I my chcemy, by przynajmniej na ten czas starczyło nam w Puszczy pracy. A dla tego trzeba, by Puszcza kwitła i dobrze się miała. Nie w naszych interesach wyciąć, jak to o nas się mówi, Puszczę za rok. No bo z czego my będziemy żyć potem? Dla nas ważne, by Puszcza miała jak najlepiej, by rosła, by była mocna i potężna. Bo to będzie znaczyć, że dla nas, i dla naszych dzieci zawsze znajdzie się tam praca. A do tegoż, wycinka teraz nie jest najważniejszą częścią umowy. W 2015 roku posadziliśmy 6 ha młodego lasu, ponad 26 000 sadzonek! Do tego ogromne tereny pielęgnacji młodych nasadzeń, obkaszanie, owijanie wełną i gałęziami świerkowymi, grodzenie. W tym roku planowane jest sadzenie około 250 000 sadzonek. Nie nawijam, mamy przecież opis prac do umów. Ja osobiście posadziłam tysiące sadzonek, pomagałam w sadzeniu setek tysięcy. Własnoręcznie zebrałam i wywiozłam z lasu tony śmieci! Kto z tych naszych szanownych ekologów może pochwalić się takim dorobkiem? Gwarantuje, że nikt! A ten, kto może, nie będzie krzyczeć na każdym rogu o ratowaniu Puszczy, tylko będzie PRACOWAĆ, by ją ratować.
Mogłabym pisać bez końca. O ekologach, którzy przyjeżdżają ogromnymi terenówkami na tereny ścisłe, nie mając żadnych przepustek ani pozwoleń, i w czasie upałów i zagrożenia pożarowego w Puszczy wyrzucają przez okna samochodów niezgaszone niedopałki papierosów (na własne oczy widziałam!) O młodych pseudoekologach, którzy przywiązują się do drzew w znak solidarności (!) z chrząszczem, o którym nawet nie mają pojęcia, jak wygląda. I w końcu przyznają się, że są tu tylko dlatego, że mają po 50 zł za dniówkę. O profesorach, którzy porównują liczebność dzięciołów teraz i dwadzieścia lat temu, nie mając pojęcia, ile ich tak na prawdę było dwadzieścia lat temu, no bo "Panie, kto je wtedy liczył?" a na pytanie, skąd w takim razie wie, że stało mniej, odpowiada: "No bo wiem, że mniej" I o dzięciołach, o których tak się martwią ci ekolodzy, i które dziś mają wyżerkę na maksa, wydziobując z pod kory tego ponad miliona świerków robactwo. Ale co one będą wydziobywać za rok? Przecież żywych "choinek" już nie zostanie. I co? A polecą sobie gdzieś indziej, gdzie te robaki jeszcze są. I Puszcza zostanie bez dzięciołów, a oskarżą o to znów że nas, bo niby my im swoimi pracami życie zakłócamy. Absurd totalny! Natura jest mądra, i te zwierzaki baaaardzo dobrze rozumieją, że z naszej strony im nic nie grozi. Czy to jedziesz samochodem, czy traktorem, czy pracujesz piłą - podchodzą i się gapią :) Odejdą trochę tylko wtedy, jak zatrzymasz się i zaczniesz gapić się na nie :D Lisy chodzą dookoła samochodów i gotowe opony osikać (sorry! :D ) Żubry przychodzą na podwórza i objadają z żarcia trzodę domową. A jak w złym humorze, to i dla właściciela może dostać się "porcja". Tak że na razie nie mają zwierzaki źle. Ale w najbliższym czasie, jeśli nic się nie zmieni, zwierz z Puszczy ucieknie, tak, jak i ptak. I zostaną nasi wspaniali ekolodzy sam na sam z ogromnym martwym cmentarzem, który kiedyś był płucami całej Europy. A stał pomnikiem ludzkiej głupoty i chciwości.
Mogłabym pisać bez końca. Ale czy jest sens? Mądry i tak będzie myśleć. Mało kto się odezwie, bo się boi. Bo będzie musiał wytrzymać napady wieli "prawowitych obrońców", nie mających żadnych skrupułów. A głupi... A może nawet i nie głupi, ale mający w tym swój interes... I tak napisze: "Bzdura!" Po prostu "bzdura", bez żadnych argumentów, bez liczb, bez faktów... Bo to dla nich odpowiada: wszystko, co nie jest po ich myśli, jest bzdurą!
I na tym dziś skończę. Chcę zamknąć ten temat, bo zmęczona już jestem kompletnie, starając się udowodnić, że nie jestem traktorem. Wiem, że od dziś dużo kto usunie mnie ze znajomych, a niektórzy pewnie i zablokują. Ale, prawdę mówiąc, mało to mnie obchodzi. Bo ten, kto mnie zna, ten i tak wie, jak odnoszę się do Puszczy, i co gotowa jestem dla niej zrobić. I ten i tak zostanie ze mną. A kto nie zna... Temu i tak nic nie udowodnię.
Z całego serca dziękuję tym, kto dotrwał do końca.
Miłej pory doby Kochani.
Pa!
czwartek, 18 lutego 2016
Kapliczka c.d...
![]() |
| Tę chorągiew ja wyhaftowałam techniką haftu cerkiewnego (złotego) ku dniu oświęcenia kapliczki. |
![]() |
| Napis z tyłu chorągwi: " W lato 2007 r. chorągwie te włożone zostały do kaplicy Św. Serafina Sarowskiego mieszkańcami wsi Dubicze Osoczne". |
![]() |
| Tę chorągiew do pary wyhaftowała mieszkanka wsi P. Eugenia Pietruczuk. |
![]() |
| Ta tablica u dołu praktycznie powtarza tę, co wisi przy wejściu na zewnątrz. |
![]() |
| To jest nasz patron Św. Serafin z Sarowa (Sarowski) |
![]() |
| Tę tak zwaną pielenę pod ikonę też wyhaftowałam ku otwarciu kaplicy. |
Serafin z Sarowa (Serafin Sarowski, ros. Серафим Саровский, imię świeckie: Prochor Izydorowicz Masznin, ros. Прохор Исидорович Машнин; ur. 19 lipca 1759 lub 1754 w Kursku, zm. 2 lutego 1833 w Sarowie) – święty prawosławny, mnich, asceta, „święty starzec” i mistyk związany z monasterem Zaśnięcia Matki Bożej w Sarowie. Ostatni święty Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego kanonizowany przed upadkiem caratu. Do jego kanonizacji przyczynił się car Mikołaj II Romanow, jednak nieformalny kult Serafina zaczął funkcjonować natychmiast po jego śmierci.
Serafin z Sarowa, obok Sergiusza z Radoneża, Teodozjusza Pieczerskiego i Tichona Zadońskiego, wymieniany jest jako jedna z kluczowych postaci dla historii duchowości prawosławia rosyjskiego. Ulubiony patron, powoli odkrywany także przez katolików.
Źródło informacji - Wikipedia.
Radzę poczytać jego pouczenia. O ile by mniej ludzi mieli problemów, żeby chociaż czas od czasu do nich się stosowali!
Serafin z Sarowa, obok Sergiusza z Radoneża, Teodozjusza Pieczerskiego i Tichona Zadońskiego, wymieniany jest jako jedna z kluczowych postaci dla historii duchowości prawosławia rosyjskiego. Ulubiony patron, powoli odkrywany także przez katolików.
Źródło informacji - Wikipedia.
Radzę poczytać jego pouczenia. O ile by mniej ludzi mieli problemów, żeby chociaż czas od czasu do nich się stosowali!
To tyle na dziś :) Miłej pory doby Wam :)
Pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































