Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 maja 2018

Dziś o ściółkowaniu i naturalnych nawozach...

 

   Wczoraj dostałam przesyłkę z truskawkami. Mam jedną dużą grządkę, zasadzoną swoimi kundelkami, czyli odmianę, która od dziesięcioleci rosła w ogrodzie. Jesienią zasadziłam do pudła młode roślinki, które teraz, duże i mocne, na potęgę kwitną. Natomiast do drugiej grządki wypisałam sadzonki z Allegro. Powiedzieć, że jestem zadowolona, to znaczy nie powiedzieć nic! Sadzonki przyszły, porządnie zapakowane, zabezpieczone, poprzekładane... słomą! Duże, mocne, kwitnące. W multipaletach, co gwarantuję łatwe sadzenie bez uszkodzenia systemu korzeniowego. Kupowałam u tego Sprzedającego . Polecam go jak najbardziej! Zamówiłam odmiany Polka, Kent i Gigant, i po kilka sztuk białej ananasowej i poziomkowej, z ciekawości, na próbę. No, i kilka sztuk wiszących. Bardzo mi się spodobały ich zdjęcia :) A że lubię eksperymenty, to musiałam spróbować.
   Truskawki zasadziłam na wieczór, dobrze podlałam, bo ziemia już sucha, jak proch. Dziś z rana od razu wyściółkowałam, żeby nie przesuszać podłoża.




   Podsypałam również drugą warstwę ściółki pod jesienne truskawki, bo pierwsza już się zleżała, i zaczęły przez nią wychodzić siewki chwastów.



   Jednocześnie uszczekując "wąsy", żeby rośliny nie marnowały sił na "dzieci".


   W zeszłym roku pierwszy raz zastosowałam ściółkowanie w folii. I, jak już pisałam, jestem baaardzo zadowolona! Dla mnie najważniejsze to praktycznie całkowity brak pielenia/plewienia, jak kto woli. Pogoda w 2017 r. jaka była, taka była, o dużym urodzaju pomidorów nie było czego marzyć. Nawet to, co się zawiązało, miesiącami wisiało, nie dojrzewając. Z początku, jak pomidory na potęgę zaczęły chorować, mąż zasugerował, że to właśnie moje "siano" jest winne. Bo zaczęło gnić i powodować choroby. Natomiast, jak pokazałam mu na rynku u ogrodników-sprzedawców skrzynie, pełne zielonych pomidorów (czego nie pamiętam, ile tu mieszkam), zmienił zdanie. Ogrodnicy, którzy od dziesięcioleci dostarczały dla całej Hajnówki warzywa, byli po prostu w rozpaczy. Pola w wodzie, owoce chorują. więc chociaż zielonymi sprzedać. Swoje też musiałam pozdejmować i narobić sałatek do słoików.
   I tak, ściółka. Na pierwszą, tą najgrubszą warstwę, wzięłam podsuszoną trawę spod kosiarki. Koniecznie podsuszoną, praktycznie siano. Dlaczego? Bo świeża podczas fermentacji wytwarza bardzo wysoką temperaturę, która może poparzyć rośliny. Zrobiłam tak parę lat temu z ogórkami. Wysiałam w rowku, w którym na spodzie była założona świeżo skoszona trawa. Ogórki musiałam siać drugi raz. Więc, sucha trawa. Gruba warstwa, nawet do 10 cm. Ona potem opadnie, ułoży się. Kolejne warstwy mogą już być i ze świeżej trawy, tylko cienką warstwą, żeby szybko wysychała, nie powodując poparzenia roślin. Dróżka w folii również była wyścielona "sianem". Na nią trafiały także wyrywane nieliczne chwasty i liści i pędy pomidorów i ogórków. Wysychały w ciągu kilku godzin, pogrubiając ochronną warstwę ściółki. Po zebraniu pozostałości warzyw ściółkę również zebrałam i wrzuciłam do kompostownika. To po to, żeby w razie lekkiej zimy ściółka nie zagniła i nie pomnożyła pleśni i grzybów ( z tą zimą to miałam całkowitą rację).
   Teraz w folii już wszystko dawno posadzone i wyściółkowane.
   Może zwróciliście uwagę, że u mnie pomiędzy rzędami truskawek wszędzie posadzony jest czosnek? Właściwości bakterio- i grzybobójcze czosnku znane są wszystkim. Podobnie działa on i na truskawki. Zapobiega porażeniu szarą pleśnią, jak i plamistością liści. A tak że odstrasza niektóre szkodniki. Pod zimę posadziłam rząd dużych ząbków i rząd bulwek-nasionek. Jesienią będę miała swój materiał siewny, który wysadzę pod zimę, żeby uzyskać już czosnek towarowy.



   Natomiast w drugim pudle wiosną wysadziłam sadzonki czosnku, które wykopałam na miejscu byłego ogródka.


   Teraz moje truskawki już zabezpieczone :) Tylko czekać na cudo-jagody :)




   Co do truskawek, to ściółkowanie jest szczególnie zalecane. Pomimo tego, że ściółka zatrzymuje w podłożu wilgoć, pomaga zachować pulchną ziemię, zabezpiecza ją przed przegrzaniem w upalne dni, jak i ochłodzeniem w zimne noce, czyli zapobiega dużym wahaniom temperatury, to jeszcze pozwoli zachować pod czas dojrzewania czyste, suche jagody.

   Zostawmy już truskawki... :) Jedną z małych grządek zasadziłam ziołami. Mam tu lubczyk, pietruszkę, oregano, majeranek, szałwię i rządek poziomek. I po kilka brokułów i kalafiorów. Nigdy mi się nie udawało je wyhodować. Zawsze "szły w ćwiet", jak to u nas mówią. Ale tym razem Pan na rynku zapewnił mnie, że nie pożałuję. Tę grządkę też dziś wyściółkowałam.



   Drugie małe pudło zostawiam pod ogórki, w trzecim pięknie rośnie cukrowy groszek. Jedno średnie zasiane marchewką i cebulą (zawsze wysiewam je razem: rządek tego, rządek tego), drugie jest  dla buraczków i fasolki.
   Kiedyś mama mnie uczyła, że fasolka i ogórki sadzi się TYLKO PO 19 maja. natomiast teściowa ogórki sadziła wczesnym porankiem 21 maja. To jest prawosławne święto Jana, więc przed tym, jak zacznie się służba w cerkwi (zazwyczaj o 8), ogórki mają być wysiane. Nie wiem, ile w tych ludowych przepowiedniach prawdy, ale w tych dwóch latach, kiedy siałam ogórki w ten dzień, plony były takie, że nie wiedziałam, gdzie te ogórki podziać. Koszami rozdawałam dla rodziny i sąsiadów. W poprzednim roku również. Mimo małej grządki i fatalnych warunków pogodowych ogórków miałam pod dostatkiem.
   Cóż, nasi przodkowie byli bliżej natury, żyli według jej zasad, wiekami obserwowali ją i dostosowywali się. Więc, wbrew pozorom, byli w sprawach rolnych dużo mądrzejsi od nas. My, niestety, zbyt daleko od tego odeszliśmy. Zbyt ufamy osiągnięciom cywilizacji, wynikam różnorodnych badań naukowych, chemii rolniczej, gospodarczej i bła-bła-bła...
   A propo chemii... Wiecie, jaki nawóz jest najlepszy? Sfermentowana pokrzywa! Wypełniamy naczynie (beczkę, wiadro, kanister) pokrojoną pokrzywą (nie koniecznie drobno), zalewamy wodą i czekamy dwa tygodnie, czas od czasu mieszając. Litr tego "wina" wlewamy do wiadra wody i podlewamy rośliny. Albo opryskujemy. Też dobrze działa. Ale ja jakoś nie bardzo lubię pryskanie, więc podlewam. Rośliny jak by kopniaka dostają! I to dotyczy nie tylko wzrostu, ale i zdrowotności. Mocne, zdrowe rośliny dłużej sprzeciwiają się jak chorobom, tak i szkodnikom. Dobrze jest na początku do pokrzywy dodać odrobinę obornika, lepiej krowiego, albo 3-4 razy mniej kurzego. Żeby razem wszystko sfermentowało się. To jest prawdziwa bomba nawozowa dla roślin. I to całkiem ekologiczna i bezpieczna dla ludzi i zwierząt. Podlewam nim tak że i kwiaty w doniczkach, w tym i domowe.
   A tak na marginesie... Fermentować na nawóz można różne rośliny: skrzyp, babka, rumianek, nagietek, mniszek... Mają właściwości lecznicze dla ludzi, więc i dla roślin również. Bardzo dobrze jest podsypywać rośliny fusami herbaty. Albo przy posadzeniu sadzonek kłaść do dołka pod korzenie saszetki herbaty (tej najtańszej, Minutkę na przykład) i skorupki jajek. Uwierzcie mi, to daje na prawdę świetne rezultaty. Robię tak również, sadząc kwiaty do doniczek, te domowe też. Odwdzięczają się na maxa! :)


   I tak, podsumowując... Jest bardzo dużo bardzo łatwych zabiegów, które przy mniejszym nakładzie pracy pozwalają uzyskać większe plony, i do tego ekologiczne. Bez chemii i sztucznych nawozów - ale z pokaźnym urodzajem. Nie warto je lekceważyć! Są sprawdzone przez wiele, wiele lat i na prawdę skuteczne. Szukając sposobów ułatwić sobie pracę (i z powodów zdrowotnych i finansowych, i ze względu na tryb życia) wróciłam pamięcią do czasów, kiedy moja babcia, potem mama, uczyli mnie wiedzy, przekazanej im przez ich mam i babć. Mając w sklepach przed oczami ogrom czudodziejnych środków , wygenerowanych przez cywilizację, zapominamy o tym, że przecież nasze babcie i prababcie obchodziły się jakoś bez nich. I całkiem nieźle sobie w tym radziły :) Póki ta wiedza jeszcze nie zanikła całkiem, warto jest czas od czasu posłuchać, co mają nam do powiedzenia starsi ludzie. Może jeszcze da się co nieco uratować.

   A może i Wy znacie jakieś "cuda", które pomagają Wam w sprawach ogrodowych? Podzielcie się z nami :)

   Na dziś to wszystko.

   Pa! :)

poniedziałek, 22 lutego 2016

Problemy: Puszczy i nasze...

 

   Dziś poruszę bardzo bolący, nieprzyjemny i niewygodny temat. Post będzie długi i nudny, i pewnie nie wszyscy dotrwają do końca. Ekologia w Puszczy Białowieskiej. Zmusiła mnie do jego napisania dyskusja, rozwiązana dziś na Facebooku. Pisałam już na ten temat kiedyś. Obiecałam, że więcej nie będę. Ale niestety, sytuacja się pogarsza w tempie błyskawicznym, a wina, jak zwykle, zwala się z winowajcy na poszkodowanego. 

   Ponad pięć lat temu, jak tylko zaczęła się cała ta awantura o Puszczę, ten fars o nazwie Natura 2000, cała sytuacja wydawała się na tyle absurdalna, że nikt praktycznie nie wierzył w to, że TO wejdzie w życie. Niestety, ktoś podpisał ten straszny w swojej bezmyślności dokument, nie czytając, jak to u nas się wodzi, drobnego druczku. Albo i przeczytał, ale wygody własne przeważyli troskę o dobro dobra narodowego. Moje słowa komuś mogą pokazać się szydercze. No, nie zaprzeczam, tak jest. Ale proszę pamiętać, że my jesteśmy z Puszczą codziennie, rok po roku już od wielu lat! Ja pamiętam  jeszcze malutkie, które z trudem można było wyszukać wśród mchu, roślinki, które stały już pięknymi dużymi drzewami. I potężne przepiękne olbrzymy, od których teraz zostały tylko straszne szkielety, chociaż przyroda miała dla nich jeszcze wiele, wiele lat życia. Ale my im nie pomogliśmy, i one zginęły.


Te "okorowane" świerki martwe już od jakiegoś czasu. Z nich kornik już dawno wyleciał i zdążył już zniszczyć setki innych drzew.






Te rude korony, to "świeżo" martwe, jeśli tak można powiedzieć.



   Chyba kiedyś już pokazywałam te zdjęcia. Nie robię nowych w zasadzie. To zbyt straszne widoki.

   Często słyszę, że martwe drzewo w Puszczy jest potrzebne. Oczywiście, że potrzebne! Kto o to dyskutuje? To i próchnica, i miejsce zamieszkania milionów żyjątek, i pokarm dla olbrzymiej ilości ptaków. Samo martwe drzewo nie jest w Puszczy problemem. Problemem teraz jest jego ilość, i sposób, w który powstaje. A mianowicie, kornikowa inwazja na świerki. Ile drzew na hektar lasu rocznie pada w zwykłych warunkach? Kilka. Góra kilkanaście. A jeśli pada kilkadziesiąt? A jeśli kilkaset? Absurd? Wcale! Pod koniec lata-początek jesieni na terenie tylko jednego leśnictwa Krynoczka było odnaleziono około 4500 świeżo zaatakowanych przez kornika świerków. Świeżo! Nie mówię o tych, co już stoją martwe. Jesienią wszystkie tryby były usłane grubą warstwą igliwia, samochód jechał, jak po pierzynie. W lesie pod igliwiem nie widać było mchu. Są miejsca, gdzie na kilka hektarów nie można znaleźć ani jednego żywego świerka. Nawet młode są martwe. Sterczą w niebo tylko straszne gołe kości. Uwierzcie mi, nie przesadzam. Mogę zaprowadzić i pokazać. Na koniec jesieni na terenach ściśle chronionych, czyli tam, gdzie nawet wstęp nieupoważnionym wzbroniony, liczyło się już ponad milion martwych drzew! PONAD MILION!!! Wyobraźcie tylko sobie tę liczbę! A teraz wyobraźcie co innego. Ile da rady stać suchy świerk? Rok? Góra dwa. Potem pada. Brzoza, na przykład, ma giętkie, a do tego kruche gałęzie. Jeśli pada, gałęzie pod nią się łamią i konar praktycznie leży na samej ziemi. Natomiast świerk gałęzie ma twarde, które nie łamią się tak łatwo, a jeśli już, to mają ostre, niebezpieczne miejsca złamań. I konar leży od 0,5 do 1,5 m nad ziemią, oparty na tych odłamkach i odłamkami że grożąc we wszystkie strony. A teraz wyobraźcie sobie, ze na nie takiej już dużej powierzchni lasu pada ponad milion takich konarów. No, po pierwsze, nie wszystkie będą w stanie upaść, będą się zawieszać jedno na drugim, stwarzając na prawdę katastrofalne niebezpieczeństwo dla zamieszkującej te tereny zwierzyny. A po drugie... Jaki zwierz da radę przebić się przez tak potężne, pewnie 3-4 metrowe "barykady"? Lis, może jeszcze zając. Ale na pewno ani sarenka, ani jeleń, ani nawet żubr. I zwierzyna zostawi te lasy, szukając sobie bardziej przydatnego do zamieszkania miejsca. Żubry już co raz częściej i na dłużej wychodzą z Puszczy w pola i na łąki, bo są już miejsca, gdzie one nie w stanie są się poruszać. A i sarenki... Widzieliście kiedyś nadzianą w skoku na ostry odłamek gałęzi sarenkę? A ja widziałam! I uwierzcie mi, widzieć jej cierpienia było jednym z najkoszmarniejszych przeżyć mojego życia! 
   A i młode rośliny przez taką warstwę do światła się nie przebiją. Ile trzeba czasu, by te drzewa spróchniały i opadły na ziemię? 20? 30 lat? Nawet nie wiem... To kiedy na tym miejscu znów powstanie Puszcza? I czy będzie to już TA SAMA Puszcza? A przecież wystarczyło na początku lata, jak tylko kornik zaatakował pierwsze drzewa, ściąć je, te 20-30, a pozostałe setki by żyły nadal! Nadal służyły by domem dla ptaków i nadal produkowały by miliony metrów sześciennych tlenu.

   Najpopularniejsze oskarżenia w nasz adres dotyczą tego, że my dla pieniędzy gotowi jesteśmy całą Puszczę wyciąć pod korzeń. Sorry bardzo! Popróbujcie na to popatrzeć z naszego punktu widzenia. My pracujemy w Puszczy. My z Puszczy żyjemy. Wychowujemy swoje dzieci, doglądamy rodziców. Musimy na to wszystko mieć pieniądz, i owszem. Ale! Nam z mężem do emerytury jeszcze 15-19 lat. I my chcemy, by przynajmniej na ten czas starczyło nam w Puszczy pracy. A dla tego trzeba, by Puszcza kwitła i dobrze się miała. Nie w naszych interesach wyciąć, jak to o nas się mówi, Puszczę za rok. No bo z czego my będziemy żyć potem? Dla nas ważne, by Puszcza miała jak najlepiej, by rosła, by była mocna i potężna. Bo to będzie znaczyć, że dla nas, i dla naszych dzieci zawsze znajdzie się tam praca. A do tegoż, wycinka teraz nie jest najważniejszą częścią umowy. W 2015 roku posadziliśmy 6 ha młodego lasu, ponad 26 000 sadzonek! Do tego ogromne tereny pielęgnacji młodych nasadzeń, obkaszanie, owijanie wełną i gałęziami świerkowymi, grodzenie. W tym roku planowane jest sadzenie około 250 000 sadzonek. Nie nawijam, mamy przecież opis prac do umów. Ja osobiście posadziłam tysiące sadzonek, pomagałam w sadzeniu setek tysięcy. Własnoręcznie zebrałam i wywiozłam z lasu tony śmieci! Kto z tych naszych szanownych ekologów może pochwalić się takim dorobkiem? Gwarantuje, że nikt! A ten, kto może, nie będzie krzyczeć na każdym rogu o ratowaniu Puszczy, tylko będzie PRACOWAĆ, by ją ratować.

   Mogłabym pisać bez końca. O ekologach, którzy przyjeżdżają ogromnymi terenówkami na tereny ścisłe, nie mając żadnych przepustek ani pozwoleń, i w czasie upałów i zagrożenia pożarowego w Puszczy wyrzucają przez okna samochodów niezgaszone niedopałki papierosów (na własne oczy widziałam!) O młodych pseudoekologach, którzy przywiązują się do drzew w znak solidarności (!) z chrząszczem, o którym nawet nie mają pojęcia, jak wygląda. I w końcu przyznają się, że są tu tylko dlatego, że mają po 50 zł za dniówkę. O profesorach, którzy porównują liczebność dzięciołów teraz i dwadzieścia lat temu, nie mając pojęcia, ile ich tak na prawdę było dwadzieścia lat temu, no bo "Panie, kto je wtedy liczył?" a na pytanie, skąd w takim razie wie, że stało mniej, odpowiada: "No bo wiem, że mniej" I o dzięciołach, o których tak się martwią ci ekolodzy, i które dziś mają wyżerkę na maksa, wydziobując z pod kory tego ponad miliona świerków robactwo. Ale co one będą wydziobywać za rok? Przecież żywych "choinek" już nie zostanie. I co? A polecą sobie gdzieś indziej, gdzie te robaki jeszcze są. I Puszcza zostanie bez dzięciołów, a oskarżą o to znów że nas, bo niby my im swoimi pracami życie zakłócamy. Absurd totalny! Natura jest mądra, i te zwierzaki baaaardzo dobrze rozumieją, że z naszej strony im nic nie grozi. Czy to jedziesz samochodem, czy traktorem, czy pracujesz piłą - podchodzą i się gapią :) Odejdą trochę tylko wtedy, jak zatrzymasz się i zaczniesz gapić się na nie :D Lisy chodzą dookoła samochodów i gotowe opony osikać (sorry! :D ) Żubry przychodzą na podwórza i objadają z żarcia trzodę domową. A jak w złym humorze, to i dla właściciela może dostać się "porcja". Tak że na razie nie mają zwierzaki źle. Ale w najbliższym czasie, jeśli nic się nie zmieni, zwierz z Puszczy ucieknie, tak, jak i ptak. I zostaną nasi wspaniali ekolodzy sam na sam z ogromnym martwym cmentarzem, który kiedyś był płucami całej Europy. A stał pomnikiem ludzkiej głupoty i chciwości.

   Mogłabym pisać bez końca. Ale czy jest sens? Mądry i tak będzie myśleć. Mało kto się odezwie, bo się boi. Bo będzie musiał wytrzymać napady wieli "prawowitych obrońców", nie mających żadnych skrupułów. A głupi... A może nawet i nie głupi, ale mający w tym swój interes... I tak napisze: "Bzdura!" Po prostu "bzdura", bez żadnych argumentów, bez liczb, bez faktów... Bo to dla nich odpowiada: wszystko, co nie jest po ich myśli, jest bzdurą!

   I na tym dziś skończę. Chcę zamknąć ten temat, bo zmęczona już jestem kompletnie, starając się udowodnić, że nie jestem traktorem. Wiem, że od dziś dużo kto usunie mnie ze znajomych, a niektórzy pewnie i zablokują. Ale, prawdę mówiąc, mało to mnie obchodzi. Bo ten, kto mnie zna, ten  i tak wie, jak odnoszę się do Puszczy, i co gotowa jestem dla niej zrobić. I ten i tak zostanie ze mną. A kto nie zna... Temu i tak nic nie udowodnię. 

   Z całego serca dziękuję tym, kto dotrwał do końca.

   Miłej pory doby Kochani. 

   Pa!

czwartek, 15 grudnia 2011

Ekologia?

   Jestem przerażona, przestraszona i rozbita jak rzadko kiedy. Dzisiaj mało bez czego nie zostałam wdową. I wszystko z winy tak zwanych "ekologów". Tak zwanych, bo do prawdziwej ekologii to oni mają jak ZOO do sawanny. Dzisiaj pod czas pracy w lesie, przy zrywce pozyskanych kloców na ciągnik, który prowadził mąż, spadło wyschłe drzewo. Zgniotło kabinę, maskę, wybiło (wewnątrz!) przednią szybę. Mąż cudem nie dostał obrażeń. Uratowała go szybka reakcja i to, że był to jednak MTZ, a nie nasz staruszek Ursus. Od ursusa została by tylko mokra plama. Od męża też. Zapytacie, co do tego mają "ekolodzy"? A to, że tych zaschłych drzew w puszczy tyle już jest, że wypadki z ich udziałem zdarzają się prawie co dzień. Padają na drogi, niszczą wojskowe magazyny (u nas jednostka bazuje się w lesie), zabudowania mieszkańców. Nie mówię już o ogrodzeniach. Mąż jako posiadający cały pakiet na roboty leśne w naszym leśnictwie, prawie co tydzień musi naprawiać to ogrodzenie wokół jednostki, to wokół szkółki, to ochronne wokół młodych nasadzeń. A dlaczego? Bo suchych drzew nie wolno wycinać! Bo wycinając niszczą domki tysiąc żyjątek, zamieszkujących te drzewa. Jedyne, co jeszcze pozwolone, to wzdłuż drogi kłaść kornikowe świerki, zagrażające ruchu na drodze. Tylko kłaść! Nie wywozić, nie - broń Boże! - palić, bo przecież kornik to też mieszkaniec puszczy. I miliony korników z tych świerków rozlatują się po puszczy, niszcząc kolejne i kolejne hektary świerkowych borów.
   Wielu z was, przeczytawszy ten post, oburzy się: jak to, ona przeciw ochronie Puszczy? Nie, nie przeciw. Puszcza - to nasz spadek od Matki-przyrody. Ja już nie piszę tu o Zielonych Płucach Europy - zbity stempel. Nie lubię tak wysokoparnych słów. Ale Puszcza wiekami karmiła i ogrzewała okolnych mieszkańców i nie miała się źle. Duże ubytki były jej naniesione wtedy, jak Niemcy zaczęli masowe pozyskanie i wywóz drewna. Tysiące pociągów towarowych, naładowanych puszczańskim drewnem, szły na Zachód. Starsi miejscowi to jeszcze pamiętają. I teraz ci ekolodzy porównują nas z Niemcami. Bo chcemy wyciąć Puszczę pod korzeń.
   Najbardziej wkurza, jak zaczyna zawodzić tu porządki ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia ani o życiu Puszczy, ani o jej naturze. W zeszłym roku było dużo awantur, były spotkania z tymi "ekologami", ludzie próbowali zrozumieć, czego tak na prawdę oni chcą. Bo dobrem Puszczy to się nie kierują na pewno. Przy kolejnym spotkaniu w nadleśnictwie zadali im pytanie, co trzeba, by do nich dołączyć? Nic specjalnego. Wykształcenie? Żadnego. Kto tylko wyrazi chęć. Możesz i matury nie mieć. I w lesie nigdy nie być. I to oni wiedzą o potrzebach Puszczy więcej, niż ten, kto tu się urodził, skończył szkołę specjalną i studia leśne i przepracował tu 20-30 lat! Ludzie, no normalnie rozpacz! Sama osobiście miałam styczkę z jednym z takich "ekologów". Pojechałam do lasu po pracowników. Droga przechodziła przez tereny chronione. Zatrzymałam się na trybie, by zaczekać na ludzi. Podjeżdża terenówka. Machina - o-go-go! Napęd na cztery koła, ponad 3 litry pod maską, warczy - aż uszy zakłada. Zatrzymuje się. Wychodzi facet, niedopałek papierosy pod nogi (upal 30 stopni, nie pamiętam kiedy już był deszcz). Od razu robię mu uwagę z tym niedopałkiem. A on na mnie: "A jakim prawem Pani tu w ogóle się znajduje?" odpowiadam, że mam takie uprawnienia i jeśli on taki znawca, to powinien wiedzieć, co oznacza biało-zielony znaczek na przedniej szybie samochodu. Zapytałam z kolei, czy on ma prawo tu się znajdować? W odpowiedź tylko obraźliwe krzyki w adres tych, kto niszczy Puszczę. Wsiada do swojego monstrum i z poślizgiem (nie pomyślał o zniszczonych pod kołami żyjątkach i korzeniach roślinek) zrywa się dalej. Zadzwoniłam do straży leśnej. Pojmali go w ścisłym rezerwacie. Nie miał przy sobie ani prowadzącego, co jest obowiązkowe, ani nawet pozwolenia z nadleśnictwa. "EKOLOG"!
   Tak, Puszczę trzeba chronić! Ale na tym etapie akurat od takich ekologów. Już pisałam, że chcą całkowicie zabronić prace gospodarcze w Puszczy, całą ją oddać pod tereny ściśle chronione. W tym roku w naszym leśnictwie i kilku innych prawie nie było pozyskania.  Do czego to doprowadziło? Już dziesiątki hektarów lasu są zniszczone: świerki przez kornika, który mnoży się szybciej nią szarańcza. Jeden osobnik za sezon daje około 110 000 potomstwa, każde z których po 8 tygodniach juz daje swoje potomstwo. Runo leśne ginie, przygniecione padającymi drzewami, gnije pod nimi. Młoda porośl graba, kiełkująca jak szczotka, rosnąca do kilku metrów za sezon, zagłusza wszystko. Przez nią nie mogą przebić się ani brzoza, ani świerk, ani tym bardziej dąb. Jeśli wszystko tak zostawić, to za dziesięć lat w Puszczy nie zostanie nic oprócz grabu. No, może jeszcze kilka wiekowych dębów.
   Mało kto zna, jak teraz na tych terenach prowadzi się zagospodarowanie lasu. Myślą, że wszystko tylko się wycina. A tuż nie. Mąż prowadzi zakład już od 2000 roku. Przez ostatnie 4 lata nadleśnictwo przeprowadza przetargi na wykonanie robót. Nie ma tak, że ktoś bierze tylko pozyskanie. Chcesz pozyskiwać? Bez problemów, ale wraz z pozyskaniem i zrywką musisz brać pełen pakiet na zagospodarowanie: orka wyciętych terenów, przygotowanie, nasadzenie setek tysięcy sadzonek ze szkółki, obkaszanie, pielęgnacja nasadzeń pierwszego, drugiego, trzeciego roku, łamanie (by szybko rosnący grab nie zadusił młodych drzewek), smarowanie specjalnymi środkami (strasznie śmierdzącymi!) wierzchołków, by zimą zwierzyna nie zgryzała, ustawianie pułapek na szkodniki i domków dla ptaków, czyszczenie wcześniej ustawionych domków. Teraz nadleśnictwo wymyśliło nowy sposób na ochronę młodzików. W tym roku już wierzchołków nie smarowali, a owijali ich niemytą owczą wełną. Zwierz nie pójdzie tam, gdzie śmierdzi innym zwierzem. I całą jesień jeden nasz pracownik owijał te setki tysięcy sadzonek. I ogólnie, powierzchnie nasadzeń mamy dużo większą, niż pozyskania. A i pozyskanie u nas to nie wycinka wszystkiego pod korzeń. Wycinają się chore drzewa, posuszowe, graby. Czasem brzezina, jeśli przeszkadza świerkom lub dębom. Czy ci "ekolodzy" o tym wszystkim wiedzą? Czy po prostu nie chcą wiedzieć? Bo tak prościej. Bo tak łatwiej. Bo tak nie trzeba szukać żadnych kompromisów. I pobierać szalone pieniądze za niemyślenie. Jakoś zapytałam jednego, co mają robić mieszkańcy, z czego żyć? On mi:
   -Pani nie rozumie, że cenność  Puszczy jest ważniejsza, niż ludzie?
   -No to przed tym, jak zamykać Puszcze, niech pan najpierw wybuduje rezerwaty dla miejscowych, opłaci ich życie, leczenie i naukę ich dzieci!
   -Pani przesadza.
   Ja przesadzam! Mieliśmy pracowników, rodziny których żyli tylko z tego wynagrodzenia, co im płaciliśmy. Odciągali ze zwolnieniami, ile tylko mogliśmy. Nie wyciągnęliśmy, musieli pozwalniać. Mamy długi, opóźnienia w opłatach ZUSu i skarbówki, bo staraliśmy się jakiś grosz im dać, by mogli przetrwać ten rok. A takich jak my ponad dziesięć zakładów. Ponad setkę pracowników ZULi i jeszcze setki i setki tych, kto żył z przetwarzania.  Kilkanaście zakładów zostały zlikwidowane całkowicie. I to w Hajnówce, gdzie i tak pracy - kot napłakał. Kto to naprawi?
   Często jeżdżę po drodze Hajnówka - Białowieża.  To rezerwat. Jak już pisałam, wycinka tu zabroniona. W zeszłym roku mąż dostał zlecenie wycięcia i ułożenia wzdłuż drogi kilkudziesięciu suchych kornikowych świerków. Ważna droga, jeżdżą po niej ważne osoby i nie zbyt ważne, ale przywożące i zostawiające tu ogrom pieniędzy turyści. A nu jak padające drzewo kogo przygniecie. Droga, która ma pokazać dla odwiedzających piękno puszczańskich lasów stała podobna do drogi przez cmentarzysko. Zwłoki (nie mogę napisać inaczej, bo to tak wygląda) puszczańskich olbrzymów, powalonych kornikiem, wywróconych i połamanych wiatrami i burzami. Widok na tyle przytłaczający, że już na to staram się nie patrzeć, bo po prostu ryczę z rozpaczy. I co przejażdżka, to ich staje się więcej. Koszmar, jak w filmach o bombardowaniu. Do bólu kocham las, szczególnie TE lasy. I dla mnie to po prostu nie wyobrażalne. Dlaczego nie można wywieźć chociaż tych szpecących drogę zawałów? Jak powiedział mi jeden z "tych", rezerwat ma być rezerwatem, nie ma znaczenia, czy to komuś podoba się czy nie. Na mój sprzeciw, że tak zrujnujemy Puszczę, on odparł, że Puszcza wiekami sama siebie czyściła i nie ginęła. A toż, za przeproszeniem, g... prawda. Wiekami dookoła puszczy mieszkali ludzie, których ona karmiła, ubierała, ogrzewała. Wszędzie po obrzeżach były wsie, i to nie takie jak teraz: z setkami mieszkańców, którzy domy budowali drewniane i płoty, i gospodarcze, i opał był tylko drewniany, i szło go dużo więcej, bo i gotowali codziennie na nim, i handlowali drewnem. I zawsze w pierwszą kolej wybierali suche i chore drzewa. Las był czysty, przewiewny. I był porządek. I żyjątkam miejsca było na full, i zwierza nie brakowało. I choroby się nie rozpowszechniały. A to przyjeżdżają z wykładami, zbierają wszystkich pracowników, zrywają z roboty, by poczytać lekcje o tym, jak zmniejszyło się pogłowie dzięcioła białogrzbietego w porównaniu z tym, co było 15-20 lat temu. - A ile go teraz? - No tyle i tyle. - A ile było 20 lat temu? - A kto go wtedy liczył? - No to skąd Pan wie, że stało go mniej? - No bo wiem. I taki profesorek z Warszawy, który tego dzięcioła na oczy nigdy nie widział, decyduje o losach tysięcy ludzi.
   Widzieliście kiedy, jak "płacze" uszkodzony przez kornika świerk?  Cały zacieka smołą, broniąc się od intruza, stara się utopić go w smole. Ale tego robactwa  tysiące na jedno drzewo. I drzewo przegrywa. Zawsze. I powoli umiera. Na ziemie opadają trociny, wytoczone robakami. Schnie igliwie. Od góry. Osypuje się. Potem kawałkami odpada kora. I stoi nagi martwy trup. Póki się nie zawali. Podoba się obrazek?

   Nie wiem... Nie rozumiem... Nie mogę się pogodzić! Po dzisiejszym zdarzeniu wszystko tak się wyostrzyło, że ... po prostu zachorowałam. Nie mogę się pozbyć myśli, że zza tej "ekologicznej" suchej brzozy moje dzieci teraz mogli już być sierotami. Staram się nawet nie myśleć, w co się wyleje remont ciągnika i skąd to co wziąć, jeśli ciągnik w tym czasie będzie w remoncie.
   Ale wiecie co? Wbrew temu wszystkiemu jestem szczęśliwa. Bo Bóg czuwa nad nami. Bo ochronił. Bo nie pozwolił zdarzyć się tragedii. Bo wiem, że da nam siły i wytrwałość.
   Czego i Wam wszystkim życzę!