Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft wstążeczkowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft wstążeczkowy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 marca 2016

Wielkanoc na nosie...

   ...i trzeba by było coś zrobić. Ale na razie powstało tylko jedno jajeczko. I to ze trzy dni chyba go robiłam :/

   Witajcie Kochani!

   Za niczym nie nadążam. Drogi, lasy, kałuży, bagienka, znów lasy... Nie, to oczywiście, lepiej, niż harować 8 godzin przy taśmociągu. Ale z czasem jednak męczy. Szczególnie, że dusza pragnie czegoś piknego (poza piknem lasów i bagieniek), a tu czasu brak.

   Ale nie będę Was zadręczać tym swoim skowytem :D





   Wysokość bez frędzli około 17 cm.

   I wsio, lecę. Może uda mi się jeszcze coś dziś zrobić (poza przytulaniem poduchy ;) )

  Dziękuję wszystkim ogromnie za miłe odzewy o przytulaczkach. Tajfun co wieczór zabiera je wszystkie do łóżka i co ranek wynosi "do telewizora" :)

   Trzymajcie się cieplutko! Dziękuję, że nadal jesteście ze mną :)

   Pa!

środa, 26 października 2011

Faworki inaczej

   U Ushii dzisiaj Dzień Gofra, a u mnie Dzień Faworka. Ot tak jakoś zachciało mi się coś przyrządzić. Wypadło na ten przepis. Dostałam go już 8 lat temu. Towarzyszy mu fajna historia.
   Za pół roku przed tym, jak pobraliśmy się z mężem, przyjechałam do niego wraz z dziećmi. W tym leśnictwie, gdzie pracował mąż, podleśniczy miał konia z bryczką. Woził turystów po Puszczy. I mój Ukochany ufundował nam na Święto - przejażdżkę. Mirek (podleśniczy) jest znawcą i wielbicielem tych miejsc, może opowiadać o nich godzinami. I opowiadał. Jeszcze nie wszystko rozumieliśmy, szczególnie dzieci. Ale co domyślaliśmy się, co podpowiadał Janek, i było świetnie. Dzieciaczki moje w te czasy miały trudne życie. Ja stałą pracę miałam tylko pół etatu. Ciągły brak pieniędzy wymuszał mnie na częste wyjazdy. Na 13-to, potem 14-to letnią córkę spadały wszystkie obowiązki po opiece nad młodszym bratem. Z rana ona biegła z nim do przedszkola, potem sama do szkoły, potem na zajęcia taneczne, potem znów za bratem, zostawiała go u sąsiadki, a sama biegła do szkoły muzycznej. Potem, już o 19-tej, 20-tej odbierała go, coś tam robiła zjeść, kładła go spać i wtedy odrabiała lekcję. Syn z kolei też nie wspomina te czasy najlepiej. Siostra, dumna z powierzonej jej misji, przywnosiła w ich stosunki dobrą dolę dyktatu. A przecież on wtedy miał tylko 6-7 lat. Do tej pory serce mi się ściska, jak wspominam to wszystko. I jest mi strasznie przykro, że nie mogłam im dać wtedy lepszego, spokojniejszego życia. Więc wyobraźcie sobie uczucia tych dzieciaków w tej podróży! Za granicą!!! Ich wożą, jak bogatych turystów!!! A obok uśmiechnięta w końcu mama i mężczyzna, który to wszystko podarował. Mi się wydaję, że oni wtedy czuli się, jak w bajce. A pod koniec przejażdżki Mirek zaprosił nas do domu, gdzie jego mam smażyła właśnie te faworki. I znów ciepłą, przyjazna atmosfera, mili ludzie i smaczne chrupiące faworki z aromatyczną herbatką. Czyli te faworki, to dla nas jeden z pierwszych smaków na obcej ziemi, która stała się drugą Ojczyzną. No i, oczywiście, nie mogłam ja stąd wyjechać bez przepisu. A oto i one:







   A oto przepis:
FAWORKI Z BIAŁOWIEŻY
   - 1 szkl. mąki,
   - 1 szkl. wody.
   - 1 jajko,
   - 1 łyżka sukru,
   - odrobina soli,
   - 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
   - 50 g wódki.
   Wszystkie składniki wymieszać. Ciasto wychodzi jak na naleśniki. W garnku rozgrzać olej. Im szerszy garnek, tym więcej faworków na raz można będzie smażyć. Nagrzać w oleju foremkę, zanurzyć ją na pół wysokości w cieście i opuścić do oleju. Wyjmować, jak się zarumieni i posypać cukrem pudrem.
   Z tej porcji wychodzi około 50 sztuk.

   Oto foremki, które ja mam:

   Zgięty uchwyt ze śnieżynki można wykręcić i wkręcić w serduszka, lub potrójną foremkę. A uchwyt w gwiazdce jest zamontowany na stale. Chyba tylko gwiazdkę kupiłam kiedyś na rynku, pozostałe dostały mi się od Teściowej.  Kiedyś to kilka porcji ciasta zepsuła, póki przystosowałam się dobrze to robić. Po pierwsze primo, jak mówi Ferduś, olej musi wrzeć na średnim ogniu, bo w zbyt mocno nagrzanym faworki się palą, a w słabo nagrzanym zostają blade i wiotkie i nie trzymają kształtu. Po drugie primo, foremkę nie można długo nagrzewać, bo ciasto mocno do niej przywrze i nie spadnie w oleju. A do słabo nagrzanej z kolei w ogóle nie przystanie i odpadnie, nie "dojeżdżając" do oleju.
   Ot prawdę mówią, ze dobra myśl przychodzi późno. Dlaczego nie wspomniałam o tych faworkach w niedzielę, jak córcia była w domu? Dziecko, przepraszam!!!
   Aha, dla tych, kto jeszcze się nie zorientował: Ri Adcka z komentarzy - to moja córcia.
   Barbaratoja, niesława, myślicie, że przestraszyłam się waszych pogróżek? =) Nie wyobrażacie sobie, jak ja marzę o tym, żeby chociaż ktoś do mnie przyjechał! Byłabym taka szczęśliwa! Więc na prawdę zapraszam i czekam!
   Aniarozella, dziękuję za tak miłe słowa! Jak tam Twój korbol?
   Alienora, czytałam, że z dyni można zrobić takie same cukaty, jak z arbuza. Jeszcze nie próbowałam, ale w najbliższym czasie na pewno. Dyń jeszcze mam od groma, na wszystkie eksperymenty starczy.
   Zaniosłam sąsiadom (emeryci mąż z żoną) po słoiczku dyniowych dżemów, z wanilią i z cynamonem. Sąsiad dziś pognał żonę po dynię :))
   ---
   Chyba pora już do łóżeczka. Oczki moje już śpią.
   Na dobranoc kilka moich robótek. Bajkowych snów życzę!





piątek, 14 października 2011

Już jesień...

   Na dworze co dzień to zimniej. Nie ma co narzekać - taka pora. Ale nie chcę tych chłodów! Co ja będę robić, jak przyjdą mrozy? Moje dziecko kategorycznie nie chce spać w domu. Jakoś tam z trudem zgadza się na to tylko w nocy. Ale za dnia? W żaden sposób! I jeśli ono, owinięte, zakręcone w kocyk, zakryte "klapą" wózka  za bardzo się chłodem nie przejmuje, to dla tego, kto go pilnuje stwarza to pewny problem. Nasza babcia, ubrana, jak Eskimos w Grenlandii, bohatersko co dnia przyjmuje dyżur. I nikomu nie pozwala odebrać tę fuchę. Ja tym czasem piszę do Was, a sumienie, jak zgryźliwa teściowa dręczy i dręczy. Więc długim ten post raczej nie będzie.
...
   Wczoraj za dużo nie zrobiłam, bo Księciunio choć i nie był za bardzo krzykliwy, ale dość marudny, mama musiała cały czas być przy nim. A to dopiero nowość! :)
   Przepuściłam na maszynkę czosnek, dodałam odrobinę soli i do słoiczków. Będzie jak doprawka zamiast świeżego. Mąż od razu posmarował na kanapkę z wędliną. Stwierdził, że całkiem może być. Dzisiaj z rana znów dwie kanapki. Jeśli tak dalej pójdzie, to doprawiać nie będę miała czym. Nie, nie, Połówek nie jest jakimś tam książkowym wsiakiem, który bez miary żre czosnek z cebulą! Ale on liczy, że czosnek - najpewniejszy środek na przeziębienie. I jak tylko poczuje, że zaczyna go "brać"... Zazwyczaj przeziębienie i prawda ustaje. Więc można jakoś ten zapach przetrwać.
   Kolejnym na przerabianie był chrzan. I tu muszę powiedzieć, że mój środek na choróbsko był chyba bardziej drastyczny. Jak żeż ja się napłakałam!!! Pierwszy raz jak tarłam, a drugi - jak doprawiałam. I katar miałam, jak rzadko kiedy. I choć tarłam Zelmerem, ale w domu. Zazwyczaj ja wynoszę go na dwór, i wtedy jakoś tam można przeżyć. Niestety, wczoraj pogoda nie sprzyjała. Więc... było - jak było. Pytali mnie dziewczyny, jak ja ten chrzan doprawiam.
   Biorę w równych ilościach (objętościowych) tarty chrzan i tarte na drobną tarkę gotowane buraczki. Wczoraj miała gdzieś tak z 700g chrzanu. Na oko, bo wagi kuchennej jeszcze się nie dorobiłam, bo zwykle wszystko robię na oko, lub na próbę. No, do tej masy dolałam 9 łyżek przegotowanej wody. Woda potrzebna, bo chrzan jest dość suchy, soku z buraczków zazwyczaj nie wystarcza, by dobrze wszystko wymieszać. Do tego dodałam dwie łyżeczki octu. Wymieszałam dokładnie i w słoiczki. Muszę powiedzieć, że wodę, jak i ocet trze dodawać według swojego gustu. A i konsystencja chrzanu i buraczków nie zawsze jednakowa. To zależy i od pogody, i od pory roku, i od warunków, w których one rosły. Do chrzanu niektórzy dodają kwaśne jabłka, sól albo cukier, przyprawy. To już jak Bóg na duszę położy. Ale ja osobiście wolę taki naj naturalnejszy. Słyszałam jeszcze, że zamiast gotowanych buraczków dodają surowe, albo tylko sok. Kolor będzie na pewno intensywniejszy, ale smak... Nie wiem, nie robiłam.
   Słoiczki postawiłam do lodówki. Nie jest ich dużo więc nie wynosiłam. Z kolej, nie wiem, jak zachowa się czosnek przy przechowaniu w temperaturze pokojowej, nigdy jeszcze tak nie robiłam. Za to chrzan na pewno trze przechowywać bez dostępu światła, inaczej buraczki szybko stracą kolor i zbrunatnieją.
    W misie wymieszana masa wygląda nie zbyt apetycznie:
    Ale w słoiczkach - i owszem. Za to czosnek...
   Wykopałam już selery. Korzeni jeszcze nie przerobiłam, one mogą poleżeć. Zajęłam się natką. Co prawda, u selera korzeniowego ona jest dość twarda i włóknista, ale drobniutko pokrojona może z powodzeniem zamienić naciowy.
   Potem była fasolka. Tej, co pokazywałam wcześnie, już nie fotografowałam. Co ciekawego w reklamówce krojonej fasolki? Pokażę inną. Nawet nie wiem, skąd miałam jej ziarno na nasiona. Krzaczasta, bardzo obficie owocująca. Strąki szerokie, bardzo mięsiste. Każda łopatka jak ze trzy zwykłych. Nie pomyślałam sfotografować jej całej. Ale krojona tu:
   Lubię eksperymenty. Wczoraj było dwa. Pierwszy: wydrążyłam jedno kiwano, by popróbować jego sok. Smak jak u przejrzałego ogórka. Jeśli kto kiedy zbierał nasiona ogórka i próbował miąższ, to wie, o co chodzi. Czyli nie rewelacyjny. Ot, kwaśny, nie zbyt aromatyczny. Orzeźwiający, i owszem. Dodałam cukru. Ta-dam!  Niespodzianka. Chcę mieć ten sok! Świetny. Nie wiem jak wyszło, że cukier tak zmienił smak. Zagotowałam, by zobaczyć czy nie zaszkodzi mu pasteryzacja. Nie zaszkodziła. Więc teraz wiem, co z tych jeżyków zrobię.

Skorupki, podobnie, po wyschnięciu nadają się na suche naczynia, na przykład szkatułki. Więc od razu powiadamiam, że  tego dobra, a tak że nasion, będę mała na full. Jeśli kogo zainteresuje, mogę się podzielić. Za opłatą tylko kosztów wysyłki.
    Drugi mój wczorajszy eksperyment... Na zdjęciu wcześniej obok woreczków z fasolką leży dwa płaskich woreczka z... No właśnie, z czym? Kto odgadnie, dostanie ode mnie mały własnoręcznie wykonany upominek. Podpowiem, że to coś ma prawie każdy, kto robi mrożonki, tylko trochę w innej, powiedzmy, postaci. Czekam do 20.10.  do 12.00!
---
   No i na koniec kilka robótek, które przyszykowałam na wystawę rękodzieła "Igłą malowane" hajnowskiego i bielskiego powiatów.
   Jajka wielkanocne. Splot koralikowy, haft tasiemkowy i haft cerkiewny.







    Podstawki pod jajka też robiłam sama, bo w sprzedaży nic odpowiedniego nie znalazłam. Szklane świeczniki, doklejone do nich w jednym solniczka, a w drugim wycięta część od plastikowej butelki i pomalowane wszystko złotą farbą w aerozolu.

   Broszki-wiązanki, plecione z koralików:

   Zakładka do Ewangelia (haft cerkiewny):
Pelena pod ikonę (haft cerkiewny):


    Na dzisiaj będzie wsio. I tak już rozpisałam się prawie co dzień. Nic, jak trochę lepiej się zapoznamy, to wpisy będą rzadsze. Moje życie codzienne wcale nie jest na tyle imponujące, by codziennie o nim pisać.
   Więc do kolejnego wpisu.
   Miłego weekendu!
   Pa!


EDYT   Niestety, nie potrafię na czas się zatrzymać :))
   Na spacerku z Księciuniem troszkę próbowaliśmy uchwycić jesień za ogon.