...nadchodzą Święta. Czujecie to?
Witajcie Kochani!
Przez natłok pracy, rutyny i problemów częściej i częściej przebija się promyk świątecznego nastroju. Tu ozdoby choinkowe w sklepie wystawili, tam światełka w witrynie wywiesili, w telewizji w reklamie prezenty pokazują... Przydają się też news'y z Allegro o wyprzedażach. Znalazłam parę uroczych prezencików dla rodzinki :) A Wy gotowi już do świątecznych szaleństw? Oj, na pewno jeszcze nie! Ja też. Ale się staram, staram :) Nawet parę ozdóbek zrobiłam, podpatrzonych gdzieś tam w przestrzeni internetu.
Nie wiem, nie mój styl, ale popróbować musiałam :) Za to kolejna robótka - to już całkowicie moje! Lubię te kolorki, te klimaty, tą strukturę.
A i pożytku odrobinę mam, bo musiałam w końcu pozbyć się pozostałości różnorakich włóczek, których nazbierało się już dość duże pudło. Robienie z tak grubej włóczki to sama przyjemność. Po tym, jak zwykle dłubię z cieniutkiego kordonka, to przy tym chodniczku po prostu odpoczywałam, i fizycznie, i psychicznie :) Z pozostałości od pozostałości :D w biegu powstały takie oto pojemniczki:
Na tym na pewno nie skończę, bo włóczek "nie do moich robótek" mam jeszcze duuuużo. Chodniczek raczej będzie miał rodzeństwo :)
Mania grubego robótkowania na tym nie przystała :) Szperając kiedyś po brazylijskich blogach szydełkowych, napotkałam różnego rodzaju kolię, szaliki i kołnierzyki z grubej włóczki. Myślałam, że to raczej nie jest zbyt praktyczne. Ale pomysł ten jednak w głowie się zadomowił i chodził za mną jakiś czas. Więc pomyślałam, że trze go zrealizować i zwolnić w głowie miejsce dla czegoś bardziej przydatnego :) A że włóczki grubej miękkiej mam pod dostatkiem, to...
Robi się błyskawicznie. Przyjemnie. Owinęłam się... Poczułam się świetnie! No to teraz chyba czas na czapkę. A czemu nie? Przecież zima idzie! Raczej... już przyszła... No, nie jest, co prawda, u mnie tak już całkiem zimowo. Przy okazji kolejnego pobytu w sklepie pasmanteryjnym namówiła mnie sklepowa na taki trochę nietypowy zakup. Włóczka-taśma do robienia szalików-boa. Widziałam ich dużo w necie, ale sama robić nie próbowałam, no bo co ja potem z tym boa zrobię? Ale że robótkowo strasznie ciekawska jestem, to skusić mnie do takiego zakupu raczej trudnym nie było :D No i naprzód!
Robić go można jak szydełkiem (właśnie tak i zaczęłam), tak i na drutach. Jednak szydełkiem splot wychodzi bardziej zwarty, a co za tym idzie, szalik jest krótszy. Zrobiłam na drutach. A wczoraj zobaczyłam u Janeczki, że też takimi szalikami się bawiła :)
Wypoczęłam troszkę na grubych robótkach, więc trze znów się brać za ubranka lalczyne. Bo to właśnie na nich udaję się co nieco zarobić. Zamówień teraz nie mam, zbyt rzadko pewnie tu bywam :( To będę lalkami się bawić :)
To chyba tyle na dziś. Wyczynów kuchennych zbyt nie było, przynajmniej nie takich, o których warto by było pisać :) Problemów nadal powyżej dachu, ale uczę się robić, jak Scarlet - pomyślę o tym później. I tak z większością nic nie poradzę, trzeba tylko czekać. Znów pod zagrożeniem pobyt i studiowanie w Polsce córki. Uczelnia nie może wydać kolejnego zaświadczenie o nauce, bo obrona inżynierki to już niby nie jest nauka, a Urząd nie może wydać zezwolenia na pobyt bez tego zaświadczenia. A nie ma zezwolenia - nie ma pobytu i obrony. I nikt nic nie może (lub nie chce) poradzić. Pracodawca córki (bo ona jeszcze i pracuje w zawodzie) gotów jest potwierdzić umowę o pracę dla karty roboczej, ale Urząd nie chce jej uznać, bo w Polsce swoich programistów jest pod dostatkiem, wcale nikt nie musi brać obcokrajowca :( Błędne koło... Nie wiem, co będzie... Jak z tego wybrniemy... Pozostał miesiąc do ostatecznego terminu podania dokumentów, a u nas żadnego pomysłu :( Mimo 10 lat bezproblemowego (z naszej strony) pobytu i nauki. Ciekawe, żeby w Irlandii, Holandii lub Wielkiej Brytanii ktoś tak obchodził się z Polakami... Co by wtedy było? Pytanie, oczywiście, czysto retoryczne... :(:(:(
Za tydzień przetargi... Kolejny powód do zmartwień, bo to zawsze wielka niewiadoma. Aż ręce się trzęsą, jak pomyślę, i w środku wszystko drży...
Dobra...
Witam nowych obserwatorów! Staram się do Was wpadać, ale nie zawsze to bywa natychmiast. Dziękuję za komentarze! Tak fajnie ich czytać! Za słowa otuchy i poparcie :) Też Was kocham!!!
Pa!
O tym, jak żyję, czym się zamartwiam, o czym marzę... Jak radzę sobie z nudą i rutyną codzienności :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 grudnia 2013
niedziela, 19 maja 2013
O przyjemnym po raz drugi...
...czyli domowe spa.
Taki miał być tytuł kolejnego posta. O domowych mydełkach, mleczkach, tonikach i scrabach. Życie czasem jest jednak drastyczne, wnosi swoje korekty, nie uważając na nasze zdanie. I zwykle nie na naszą korzyść. Kilka minut po opublikowaniu poprzedniego wpisu dowiedziałam się, że zmarł mąż siostrzenicy, fajny chłopak, mąż, i tato małej córeczki. Niestety, przegrał z nowotworem. Ból i żal. Niesprawiedliwość... Ale, jak powiedział na mszy Baciuszka, Bóg pewnie ma co do niego inne plany. Szkoda tylko, że nam nieznane...
No, a do tego kolejne problemy, problemy i problemy... No, i ogrom robót w ogrodzie. Wiadomo, wiosna przyszła późno, i wszystko trze robić na raz. Chłopaki jeden w pracy, drugi w szkole do późna. Tajfun praktycznie od wczesnego poranku prawie do nocy na podwórku, trze i za nim oglądać się, bo póki babcia za róg domu zajdzie, żeby zobaczyć, gdzie on jest, to on zdąży trzy razy dookoła domy obiec i po drodze kupę szkód narobić :) Szczególnie lubi wypuszczać kozy (a te pendzikiem do krzaczków - jedna mi już całkiem choinkę objadła) i króliki. No, te to przynajmniej nie uciekają od razu. Zaginęła nam kotka, zostawiła dwójkę maluśnych kociąt, do tego jeszcze chorych na zapalenie oczu. Próbuję karmić, podaję kropelki. Jak by mi jeszcze roboty brak było :) No ale cóż, przecież nie zostawię na śmierć. A do tego jeszcze przez jakiś czas nie mieliśmy internetu. Myślę, że dla mnie to wyszło na dobre, bo więcej czasu mogłam poświęcić na roboty niezbędne :D Może i za dużo, bo zaczęły mi się znów odzywać stawy i kręgosłup. No, ale to jak zwykle, przyzwyczajona już jestem :)
Nie, no długo, długo mnie nie było... Zdążyły rozpuścić się i przekwitnąć krokusy, magnolia (szczególnie obficie w tym roku kwitła!), tulipany i narcyzy. Kwitnie bez, oszałamiając zapachem. W tym roku jest pierwszy (jedyny póki co) kwiat bzu czerwonego. Wzięłam go z pięć lat temu od znajomych. Kwiołą słabiutką roślinkę, która prawie nie miała szans na przeżycie. Trawnik koszony, odrosty usuwane, ten cudem się uratował, jak specjalnie dla mnie. A że wysadziłam go po sąsiedztwu z innymi bzami, to nie byłam pewna, czy on przeżył, czy to jest odrost od innego krzaka. Ale jest! Mam go! Już kilka lat próbuję zaszczepić na jednym krzaku kilka odmian, ale nie wychodzi mi. Przeczytałam w jakimś czasopiśmie, że znana rosyjska piosenkarka ma na działce krzak, na którym kwitnie 32 odmiany bzów. Tak mi się chce mieć taki krzak! Ale cóś za każdym razem idzie nie tak. Szczepię przecież i jabłonki, i śliwki, i gruszki. Mam nawet jedno pechowe (no, to to akurat jest względne...) szczepienie, gdzie zaszczepiłam na jabłoni gruszkę :( Ot, jakoś tak zimowe drzewko mi się pomyliło :D Gruszkowa gałązka rośnie, zieleni się co roku, robi się dłuższa i grubsza, ale nie kwitnie. No, a bez mi się nie daje. Na szczęście, zima była choć i bardzo śnieżna, ale nie ostra, strat w ogródku i ogrodzie prawie nie mam.
Jak na razie, to nie szaleję ani w kuchni, ani za szydełkiem. Ogród i Maluch pochłania cały czas. No, i robota, oczywiście. Od jazd mnie też nikt nie uwolni :) W lesie teraz masakra. Chyba wszystkie komary, co miały wylęgnąć się za całą wiosnę, wyszły na raz. Nie mam pojęcia, jak chłopaki wytrzymują tam 8 godzin. Mimo że stosują różne spreje, to te jednak działają do pierwszego spocenia się, czyli na kilka minut. Nie mówiąc już o upale. No bo mamy upały po prostu lipcowe. Temperatury też z całej wiosny na te ostatnie dni się skumulowały :)
Zdjęć dziś dużo nie będzie. Akumulatory mi w aparacie padły, a baterii zwykłych starcza ono na kilka zdjęć. Zbankrutuję ze swoimi potrzebami. Więc tak na krótko: czy znacie zawijańce ziemniaczane? Albo waflowe, jak kto woli... Pycha!
Można powiedzieć, że to najprostszy przepis na danie, które można podać jak na zwykły codzienny obiad tak i na świąteczny stół. Jak udekorujesz... I tak
Potrzebne będą wafle, takie zwykłe, do przekładania, prostokątne lub kwadratowe. Potłuczone gotowane ziemniaki. Dodatki dowolne. Może to być drobno pokrojona podsmażona słoninka z cebulką, parówki, podsmażone mięso mielone lub, jeśli kto woli, gotowane, smażone albo duszone warzywa, zieleń, zioła rozmaite. Wszystko wymieszać, doprawić według gustu. Nasmarować wafle. Odczekać kilka chwil, by wafle zmiękły. Zwinąć w rulonik
Pokroić na grubość około 2 cm
Na patelnie z odrobiną oleju, obsmażyć na rumiano.
Można zrobić więcej i zamrozić. Po rozmrożeniu są tak samo smaczne. Mroziłam ruloniki, świetnie się spisały przy "najściu" nieoczekiwanych gości :)
Z robótek mam chyba tylko trzy, zrobione jeszcze "przed ogrodem" :)
- Tatko - trrrarrom (czyli traktorem), niania - rowem (czytaj: brat - rowerem :D), mama - bi-bi (jasne, samochodem), Siasia - Pawom (czyli siostra Aleksandra - Sasza w rodzinie - przyjeżdża z Pawłem :D)
Pa!
Taki miał być tytuł kolejnego posta. O domowych mydełkach, mleczkach, tonikach i scrabach. Życie czasem jest jednak drastyczne, wnosi swoje korekty, nie uważając na nasze zdanie. I zwykle nie na naszą korzyść. Kilka minut po opublikowaniu poprzedniego wpisu dowiedziałam się, że zmarł mąż siostrzenicy, fajny chłopak, mąż, i tato małej córeczki. Niestety, przegrał z nowotworem. Ból i żal. Niesprawiedliwość... Ale, jak powiedział na mszy Baciuszka, Bóg pewnie ma co do niego inne plany. Szkoda tylko, że nam nieznane...
No, a do tego kolejne problemy, problemy i problemy... No, i ogrom robót w ogrodzie. Wiadomo, wiosna przyszła późno, i wszystko trze robić na raz. Chłopaki jeden w pracy, drugi w szkole do późna. Tajfun praktycznie od wczesnego poranku prawie do nocy na podwórku, trze i za nim oglądać się, bo póki babcia za róg domu zajdzie, żeby zobaczyć, gdzie on jest, to on zdąży trzy razy dookoła domy obiec i po drodze kupę szkód narobić :) Szczególnie lubi wypuszczać kozy (a te pendzikiem do krzaczków - jedna mi już całkiem choinkę objadła) i króliki. No, te to przynajmniej nie uciekają od razu. Zaginęła nam kotka, zostawiła dwójkę maluśnych kociąt, do tego jeszcze chorych na zapalenie oczu. Próbuję karmić, podaję kropelki. Jak by mi jeszcze roboty brak było :) No ale cóż, przecież nie zostawię na śmierć. A do tego jeszcze przez jakiś czas nie mieliśmy internetu. Myślę, że dla mnie to wyszło na dobre, bo więcej czasu mogłam poświęcić na roboty niezbędne :D Może i za dużo, bo zaczęły mi się znów odzywać stawy i kręgosłup. No, ale to jak zwykle, przyzwyczajona już jestem :)
Nie, no długo, długo mnie nie było... Zdążyły rozpuścić się i przekwitnąć krokusy, magnolia (szczególnie obficie w tym roku kwitła!), tulipany i narcyzy. Kwitnie bez, oszałamiając zapachem. W tym roku jest pierwszy (jedyny póki co) kwiat bzu czerwonego. Wzięłam go z pięć lat temu od znajomych. Kwiołą słabiutką roślinkę, która prawie nie miała szans na przeżycie. Trawnik koszony, odrosty usuwane, ten cudem się uratował, jak specjalnie dla mnie. A że wysadziłam go po sąsiedztwu z innymi bzami, to nie byłam pewna, czy on przeżył, czy to jest odrost od innego krzaka. Ale jest! Mam go! Już kilka lat próbuję zaszczepić na jednym krzaku kilka odmian, ale nie wychodzi mi. Przeczytałam w jakimś czasopiśmie, że znana rosyjska piosenkarka ma na działce krzak, na którym kwitnie 32 odmiany bzów. Tak mi się chce mieć taki krzak! Ale cóś za każdym razem idzie nie tak. Szczepię przecież i jabłonki, i śliwki, i gruszki. Mam nawet jedno pechowe (no, to to akurat jest względne...) szczepienie, gdzie zaszczepiłam na jabłoni gruszkę :( Ot, jakoś tak zimowe drzewko mi się pomyliło :D Gruszkowa gałązka rośnie, zieleni się co roku, robi się dłuższa i grubsza, ale nie kwitnie. No, a bez mi się nie daje. Na szczęście, zima była choć i bardzo śnieżna, ale nie ostra, strat w ogródku i ogrodzie prawie nie mam.
Jak na razie, to nie szaleję ani w kuchni, ani za szydełkiem. Ogród i Maluch pochłania cały czas. No, i robota, oczywiście. Od jazd mnie też nikt nie uwolni :) W lesie teraz masakra. Chyba wszystkie komary, co miały wylęgnąć się za całą wiosnę, wyszły na raz. Nie mam pojęcia, jak chłopaki wytrzymują tam 8 godzin. Mimo że stosują różne spreje, to te jednak działają do pierwszego spocenia się, czyli na kilka minut. Nie mówiąc już o upale. No bo mamy upały po prostu lipcowe. Temperatury też z całej wiosny na te ostatnie dni się skumulowały :)
Zdjęć dziś dużo nie będzie. Akumulatory mi w aparacie padły, a baterii zwykłych starcza ono na kilka zdjęć. Zbankrutuję ze swoimi potrzebami. Więc tak na krótko: czy znacie zawijańce ziemniaczane? Albo waflowe, jak kto woli... Pycha!
Można powiedzieć, że to najprostszy przepis na danie, które można podać jak na zwykły codzienny obiad tak i na świąteczny stół. Jak udekorujesz... I tak
ZAWIJAŃCE ZIEMNIACZANE
Potrzebne będą wafle, takie zwykłe, do przekładania, prostokątne lub kwadratowe. Potłuczone gotowane ziemniaki. Dodatki dowolne. Może to być drobno pokrojona podsmażona słoninka z cebulką, parówki, podsmażone mięso mielone lub, jeśli kto woli, gotowane, smażone albo duszone warzywa, zieleń, zioła rozmaite. Wszystko wymieszać, doprawić według gustu. Nasmarować wafle. Odczekać kilka chwil, by wafle zmiękły. Zwinąć w rulonik
Pokroić na grubość około 2 cm
Na patelnie z odrobiną oleju, obsmażyć na rumiano.
Smacznego!
Można zrobić więcej i zamrozić. Po rozmrożeniu są tak samo smaczne. Mroziłam ruloniki, świetnie się spisały przy "najściu" nieoczekiwanych gości :)
Z robótek mam chyba tylko trzy, zrobione jeszcze "przed ogrodem" :)
*
Tajfuna pytają, kto w rodzinie na czym jeździ.- Tatko - trrrarrom (czyli traktorem), niania - rowem (czytaj: brat - rowerem :D), mama - bi-bi (jasne, samochodem), Siasia - Pawom (czyli siostra Aleksandra - Sasza w rodzinie - przyjeżdża z Pawłem :D)
*
No to na dziś chyba wszystko. Udanego tygodnia życzę!Pa!
niedziela, 7 kwietnia 2013
Dzisiaj o przyjemnym :)
No bo, w końcu, ile można nad sobą się użalać i pisać o swoich przepychankach z losem? Tym bardziej, że jest dziś piękne Święto Zwiastowania (według kalendarza Prawosławnego), pięknie świeci słoneczko (w końcu!), i w ogóle taki piękny dzień jest! Mimo że leżą zawały śniegu, na termometrze zero z ukłonem w stronę minusa, a na podwórku totalne błoto. Mimo że znów chorują moje chłopaki, tym razem najmłodszy i najstarszy. Ale słoneczko wszystko upiększa i łagodzi w sposób niesamowity :D
Witajcie Kochani!
Wczoraj zrobiłam w końcu zdjęcia moim małym skoczkom. Ależ miło popatrzeć, jak skaczą po chlewiku! I same przez siebie i przez siebie nawzajem :) Uosobienie radości życia :)
To moja ulubienica Czarnonoska. Pod czas wykarmiania najbardziej do mnie się przywiązała. I teraz każdy raz, jak wchodzę do chlewka, gotowa jest do kieszeni wskoczyć :) A już na plecy - jak przykucnę - to konieczne. Jedyna z całej czwórki ma ciemny nosek i różki.
Ten koziołek to samotnik. Ten, co został sam bez siostrzyczki. Za każdym razem, jak zanoszę jeść i trójka rodzeństwa rzuca się do misy, on z niedowierzaniem patrzy na mnie: "Eee, gospodyni! A mleko to gdzie?" No wiadomo, sam wypijał po dwa litry mleka dziennie, to po co mu było uczyć się jeść coś innego. Nie, no umie, umie! Ale nie chce. Z kolei, wyjścia nie ma, musi jeść. Jak tylko ja znikam z jego oczu, rzuca się też do miski, rozpycha kolegów i namina. Ale tylko znów mnie ujrzy, jak odchodzi i honorowo podnosi głowę :)
Czasem zdarzają się na prawdę ciekawe rzeczy. Trzeci lub czwarty dzień po odsadzeniu koźląt... Wydoiłam kozy, dałam im siana, kozy stoją se żują spokojnie. W sąsiednim chlewku (one są w jednym dużym pomieszczeniu, oddzielone tylko dwumetrową betonową ścianką) drą się koźlaki. U mnie od tych wrzasków już głowa jak balon. Nie wytrzymuję, gadam do kóz: "Uspokójcie w końcu te swoje dzieciaki!!!" Starsza podnosi głowę, cichutko tak: "Mek!" i żuje dalej. Nastaje cisza. Kompletna! Popatrzyłam na kozę, ona na mnie: "I co się gapisz? Prosiłaś uspokoić? Ja uspokoiłam" No, teraz to mi śmiesznie. Wtedy to ciarki po plecach przeszły :)
Mam i stadko małych królików.
Jest ich trochę, ale pozostałe jeszcze chowają się w gniazdach.
A ta królica pewnie wyobraziła siebie osą :) Wybudowała gniazdo na całą wysokość klatki. Mimo że króliczkom czas już najwyższy wychodzić.
Pewnie, jest ich mało i pokarmu starcza. Bo poprzednie stadko (dziewięcioro) wyszło z gniazda jak jeszcze oczy nie wszystkie otworzyły. Trudno o tyle mleka, więc królica odkryła gniazdo, by się uczyły jeść pokarmy stałe. Nigdy nie liczę nowonarodzonych królików w zamkniętych gniazdach. Dla mnie to nie ma sensu. I tak będę wiedziała, jaka królica wychowuję więcej, jak już wyjdą. A tak można narobić więcej problemów, niż z tego jest pożytku. Czasem królice rozrzucają gniazda i królczęta, bo nie lubią cudzego zapachu. Maluchy wtedy giną. I chociaż zwykle króliki dobrze znają zapach tych, kto ich karmi, ale i tak lepiej nie ryzykować.
Mamy jeszcze czwórkę kociąt. Ale zdjęcia one jeszcze się nie dorobiły :) Same ciekawe, że w nocy maluchów ogrzewa cała trójka starszych kotek: mama i dwie starsze siostry :) Fajnie to wygląda: kółko z trzech kotów a po środku pomponiki:)
Ot, takie to nowości... Co jeszcze? Dorobiłam jeszcze trzy ubranka:
Ta ostatnia sukienka była zrobiona na zamówienie. Na razie od zamawiającego nie ma odpowiedzi, ale trze zaczekać.
No to wszystkiego najlepszego! Pogodnych dni! I szybszego nadejścia wiosny!
Pa!
Witajcie Kochani!
Wczoraj zrobiłam w końcu zdjęcia moim małym skoczkom. Ależ miło popatrzeć, jak skaczą po chlewiku! I same przez siebie i przez siebie nawzajem :) Uosobienie radości życia :)
Są bardzo ciekawskie: wszędzie muszą zaglądnąć, wszystko wywąchać i popróbować na ząb. Bardzo przypominają tym Tajfuna :D
To moja ulubienica Czarnonoska. Pod czas wykarmiania najbardziej do mnie się przywiązała. I teraz każdy raz, jak wchodzę do chlewka, gotowa jest do kieszeni wskoczyć :) A już na plecy - jak przykucnę - to konieczne. Jedyna z całej czwórki ma ciemny nosek i różki.
Ten koziołek to samotnik. Ten, co został sam bez siostrzyczki. Za każdym razem, jak zanoszę jeść i trójka rodzeństwa rzuca się do misy, on z niedowierzaniem patrzy na mnie: "Eee, gospodyni! A mleko to gdzie?" No wiadomo, sam wypijał po dwa litry mleka dziennie, to po co mu było uczyć się jeść coś innego. Nie, no umie, umie! Ale nie chce. Z kolei, wyjścia nie ma, musi jeść. Jak tylko ja znikam z jego oczu, rzuca się też do miski, rozpycha kolegów i namina. Ale tylko znów mnie ujrzy, jak odchodzi i honorowo podnosi głowę :)
Czasem zdarzają się na prawdę ciekawe rzeczy. Trzeci lub czwarty dzień po odsadzeniu koźląt... Wydoiłam kozy, dałam im siana, kozy stoją se żują spokojnie. W sąsiednim chlewku (one są w jednym dużym pomieszczeniu, oddzielone tylko dwumetrową betonową ścianką) drą się koźlaki. U mnie od tych wrzasków już głowa jak balon. Nie wytrzymuję, gadam do kóz: "Uspokójcie w końcu te swoje dzieciaki!!!" Starsza podnosi głowę, cichutko tak: "Mek!" i żuje dalej. Nastaje cisza. Kompletna! Popatrzyłam na kozę, ona na mnie: "I co się gapisz? Prosiłaś uspokoić? Ja uspokoiłam" No, teraz to mi śmiesznie. Wtedy to ciarki po plecach przeszły :)
Mam i stadko małych królików.
Jest ich trochę, ale pozostałe jeszcze chowają się w gniazdach.
A ta królica pewnie wyobraziła siebie osą :) Wybudowała gniazdo na całą wysokość klatki. Mimo że króliczkom czas już najwyższy wychodzić.
Pewnie, jest ich mało i pokarmu starcza. Bo poprzednie stadko (dziewięcioro) wyszło z gniazda jak jeszcze oczy nie wszystkie otworzyły. Trudno o tyle mleka, więc królica odkryła gniazdo, by się uczyły jeść pokarmy stałe. Nigdy nie liczę nowonarodzonych królików w zamkniętych gniazdach. Dla mnie to nie ma sensu. I tak będę wiedziała, jaka królica wychowuję więcej, jak już wyjdą. A tak można narobić więcej problemów, niż z tego jest pożytku. Czasem królice rozrzucają gniazda i królczęta, bo nie lubią cudzego zapachu. Maluchy wtedy giną. I chociaż zwykle króliki dobrze znają zapach tych, kto ich karmi, ale i tak lepiej nie ryzykować.
Mamy jeszcze czwórkę kociąt. Ale zdjęcia one jeszcze się nie dorobiły :) Same ciekawe, że w nocy maluchów ogrzewa cała trójka starszych kotek: mama i dwie starsze siostry :) Fajnie to wygląda: kółko z trzech kotów a po środku pomponiki:)
Ot, takie to nowości... Co jeszcze? Dorobiłam jeszcze trzy ubranka:
Ta ostatnia sukienka była zrobiona na zamówienie. Na razie od zamawiającego nie ma odpowiedzi, ale trze zaczekać.
***
Nikita bierze dwa ciasteczka. Eliaszek podbiega, zabiera jedno i do buzi. "Eee! Co to ma być? Dlaczego zabierasz?" Na co Tajfun bije siebie rączką w piersi i wydaje: "Moje!"
***
Pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)