Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grządki podwyższone.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grządki podwyższone.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 maja 2018

Ogrodowe różności...



   Witajcie Kochani!

   Dziś o niczym konkretnym :) Z rana, ledwo słonko wstało, przeszłam się po ogródku. W tygodniu, w gonitwie za "i to trzeba, i to też, a to jeszcze potrzebniejsze" tak na prawdę to nie ma nawet czasu, by wszystkiemu uważniej się przyjrzeć. Wiele się dzieje, dużo robi się, widać już, jak zmienia się ogródek, jak zaczyna nabierać kształtów. Dziś po prostu poprowadzę Was, pokaże to, co sama zobaczyłam :) Zdjęcia są, jakie są, aparat odmówił współpracy, a telefon... Wiadomo :)
    W ostrych promieniach porannego słońca wymieszały się światła i cienie. Moja ukochana rabata przy płocie, niegdyś piękna i kolorowa, przez kilka lat była przeze mnie zaniedbywana. Z jakich powodów, Wy już wiecie. Teraz chcę wetchnąć w nią nowe życie. Po dokładnym wypieleniu okazało się, że miejscami zachował się dość fajny skalniak. Rośliny cieniolubne dość dobrze tu sobie radziły, mimo zarośli podagrycznika i skrzypu. Fakt, ziemie będę musiała porządnie spulchnić, powybierać korzenie i kłącza, ale ogólny zarys pozostawię bez zmian.

Różanecznik w paprotkach.

Złotokap, o którym na FB cała dyskusja powstała :) Ale o tym innym razem...

Białe fiołki rozpanoszyły się po całym sadzie, a nawet na ulice już wyszły. W odróżnieniu od fioletowych, rozmnażają się nie kłączami i odrostami, a nasionami. Lecą, jak mniszek, - wszędzie!

Bodziszek leśny. Wybaczcie, ale dokładnej nazwy gatunku nie znam.
Chaber jakiś tam... Odmiany też nie znam :)
   Natomiast są miejsca, gdzie podagrycznik zadusił wszystko absolutnie. Z jednej strony, tu będzie łatwiej, bo będę po prostu wszystko przekopywać, przetrząsać i wybierać wszystko co zbędne. Wśród pozostających roślin zrobić to będzie trudniej, bo trzeba uważać, by za mocno nie uszkodzić korzeni, a mimo to jak najlepiej powybierać chwasty. Tym bardziej, że stoi straszna susza. Wszędzie deszcze, a nawet powodzie (w żadnym wypadku nie zazdroszczę, broń Boże!), a u nas ani kropelki. W studni już zaczyna brakować wody. Żeby nie targać ze studni do ogrodu wiader z wodą, chłopaki postawili mi trzy duże beczki (po 120 l każda) przy samych grządkach, przeciągnęli do nich przewód, a do studni wrzucili pompę typu Małysz. Póki woda w studni nie wyschnie, można bez większych problemów podlewać ogród i folię.



   W folii mąż ogrodził mi dróżkę, i teraz już nie  osypuje mi się ziemia spod krzaków, pielęgnacja wyściółkowanej folii jest jeszcze łatwiejsza.


Póki pomidory nie duże, nasadziłam dookoła sałaty. Codziennie mamy surówkę.



Koperek też jest :)
   W zeszłym roku znajoma dała mi kilka gałązek pnącej róży, którą akurat obcinała. Wybrałam najmocniejsze kawałki i wsadziłam w folii do ziemi. Teraz mam siedem sporych, ponad pół metra wysokości krzaczków, które muszę gdzieś wysadzić, a jeszcze nie mam gdzie...


   Zasadzone już zostały opony na chlewiku, już cieszą oczy kolorami :) taki "wiejski modern", jak ja go nazywam, jest na prawdę wart uwagi!




   Zagospodarowałam i starą emaliowaną wanienkę. Mąż rok temu, jak tylko ją zobaczył, warczał na mnie, że różne rupiecie do domu zbieram, a go i tak nie brakuje. Ale teraz, jak zobaczył tę doniczkę, stwierdził, że mi wybacza :D


Bratki już kończą kwitnąć, na ich miejsce przyjdą, pewnie petunii.
   Opowiem Wam śmieszną historyjkę... Wyprowadziłam wczoraj na dwór mamę. Dla kobiety z balkonikiem, która i po domu to ledwo chodzi, zejść (i wejść) po dziewięciu stromych stopniach to na prawdę wyzwanie. Decyduje się ona tylko wtedy, kiedy na prawdę dobrze się czuje. No ale kobieta, która całe życie mieszkała na wsi, wprowadzała do ogrodu wszystkie możliwe nowości, którą na ojczyźnie potocznie zwali Miczurynem :) ... Siedzieć w takie dni w czterech ścianach... No, i czasem wychodzimy na dwór, by mama zobaczyła, co gdzie jest, jak rośnie, jak kwitnie... No, i poszła ona powolutku dookoła ogrodu... Po jakimś czasie przychodzi do ławeczki, w oczach łzy, a w trzęsącej się ręce jakiś listek.
   - Patrz zachorowała Twoja roślinka. A była taka śliczna! Co to za ona? Da się jeszcze ją uratować?
   Patrzę, a w ręku trzyma listek kiwi :D
   - Spokojnie mamo, wcale ta roślinka nie jest chora. Ona taka jest, tak wybarwiona.





   No, przy niedzieli nie będę Was dłużej dręczyć :) Jeszcze tylko kilka fotek...





Piwonii. Jeszcze z tydzień, a zakwitną.

Natomiast bzy lilaki już przekwitają...




I przyszła suróweczka :)
   Anulek, abydoemerytury Dziękuję serdecznie za takie słowa :) Dużo lat obserwuję, eksperymentuję, podczytuję, podglądam i wyciągam to, co mi wydaje się najbardziej odpowiednie dla naszych warunków.
   Kodalus Dzięki córeczko. Mam nadzieje, że to Ci w przyszłości chociaż odrobinkę pomoże.
   mp Dziękuję! Obowiązkowo wypróbuję to na swoich.
   Alex mam nadzieję, że i w przyszłości znajdziesz tu dla siebie coś potrzebnego :)

   I to na dziś wszystko :) Dobrego i udanego tygodnia Wam wszystkim życzę!

   Pa!

czwartek, 10 maja 2018

Dziś o ściółkowaniu i naturalnych nawozach...

 

   Wczoraj dostałam przesyłkę z truskawkami. Mam jedną dużą grządkę, zasadzoną swoimi kundelkami, czyli odmianę, która od dziesięcioleci rosła w ogrodzie. Jesienią zasadziłam do pudła młode roślinki, które teraz, duże i mocne, na potęgę kwitną. Natomiast do drugiej grządki wypisałam sadzonki z Allegro. Powiedzieć, że jestem zadowolona, to znaczy nie powiedzieć nic! Sadzonki przyszły, porządnie zapakowane, zabezpieczone, poprzekładane... słomą! Duże, mocne, kwitnące. W multipaletach, co gwarantuję łatwe sadzenie bez uszkodzenia systemu korzeniowego. Kupowałam u tego Sprzedającego . Polecam go jak najbardziej! Zamówiłam odmiany Polka, Kent i Gigant, i po kilka sztuk białej ananasowej i poziomkowej, z ciekawości, na próbę. No, i kilka sztuk wiszących. Bardzo mi się spodobały ich zdjęcia :) A że lubię eksperymenty, to musiałam spróbować.
   Truskawki zasadziłam na wieczór, dobrze podlałam, bo ziemia już sucha, jak proch. Dziś z rana od razu wyściółkowałam, żeby nie przesuszać podłoża.




   Podsypałam również drugą warstwę ściółki pod jesienne truskawki, bo pierwsza już się zleżała, i zaczęły przez nią wychodzić siewki chwastów.



   Jednocześnie uszczekując "wąsy", żeby rośliny nie marnowały sił na "dzieci".


   W zeszłym roku pierwszy raz zastosowałam ściółkowanie w folii. I, jak już pisałam, jestem baaardzo zadowolona! Dla mnie najważniejsze to praktycznie całkowity brak pielenia/plewienia, jak kto woli. Pogoda w 2017 r. jaka była, taka była, o dużym urodzaju pomidorów nie było czego marzyć. Nawet to, co się zawiązało, miesiącami wisiało, nie dojrzewając. Z początku, jak pomidory na potęgę zaczęły chorować, mąż zasugerował, że to właśnie moje "siano" jest winne. Bo zaczęło gnić i powodować choroby. Natomiast, jak pokazałam mu na rynku u ogrodników-sprzedawców skrzynie, pełne zielonych pomidorów (czego nie pamiętam, ile tu mieszkam), zmienił zdanie. Ogrodnicy, którzy od dziesięcioleci dostarczały dla całej Hajnówki warzywa, byli po prostu w rozpaczy. Pola w wodzie, owoce chorują. więc chociaż zielonymi sprzedać. Swoje też musiałam pozdejmować i narobić sałatek do słoików.
   I tak, ściółka. Na pierwszą, tą najgrubszą warstwę, wzięłam podsuszoną trawę spod kosiarki. Koniecznie podsuszoną, praktycznie siano. Dlaczego? Bo świeża podczas fermentacji wytwarza bardzo wysoką temperaturę, która może poparzyć rośliny. Zrobiłam tak parę lat temu z ogórkami. Wysiałam w rowku, w którym na spodzie była założona świeżo skoszona trawa. Ogórki musiałam siać drugi raz. Więc, sucha trawa. Gruba warstwa, nawet do 10 cm. Ona potem opadnie, ułoży się. Kolejne warstwy mogą już być i ze świeżej trawy, tylko cienką warstwą, żeby szybko wysychała, nie powodując poparzenia roślin. Dróżka w folii również była wyścielona "sianem". Na nią trafiały także wyrywane nieliczne chwasty i liści i pędy pomidorów i ogórków. Wysychały w ciągu kilku godzin, pogrubiając ochronną warstwę ściółki. Po zebraniu pozostałości warzyw ściółkę również zebrałam i wrzuciłam do kompostownika. To po to, żeby w razie lekkiej zimy ściółka nie zagniła i nie pomnożyła pleśni i grzybów ( z tą zimą to miałam całkowitą rację).
   Teraz w folii już wszystko dawno posadzone i wyściółkowane.
   Może zwróciliście uwagę, że u mnie pomiędzy rzędami truskawek wszędzie posadzony jest czosnek? Właściwości bakterio- i grzybobójcze czosnku znane są wszystkim. Podobnie działa on i na truskawki. Zapobiega porażeniu szarą pleśnią, jak i plamistością liści. A tak że odstrasza niektóre szkodniki. Pod zimę posadziłam rząd dużych ząbków i rząd bulwek-nasionek. Jesienią będę miała swój materiał siewny, który wysadzę pod zimę, żeby uzyskać już czosnek towarowy.



   Natomiast w drugim pudle wiosną wysadziłam sadzonki czosnku, które wykopałam na miejscu byłego ogródka.


   Teraz moje truskawki już zabezpieczone :) Tylko czekać na cudo-jagody :)




   Co do truskawek, to ściółkowanie jest szczególnie zalecane. Pomimo tego, że ściółka zatrzymuje w podłożu wilgoć, pomaga zachować pulchną ziemię, zabezpiecza ją przed przegrzaniem w upalne dni, jak i ochłodzeniem w zimne noce, czyli zapobiega dużym wahaniom temperatury, to jeszcze pozwoli zachować pod czas dojrzewania czyste, suche jagody.

   Zostawmy już truskawki... :) Jedną z małych grządek zasadziłam ziołami. Mam tu lubczyk, pietruszkę, oregano, majeranek, szałwię i rządek poziomek. I po kilka brokułów i kalafiorów. Nigdy mi się nie udawało je wyhodować. Zawsze "szły w ćwiet", jak to u nas mówią. Ale tym razem Pan na rynku zapewnił mnie, że nie pożałuję. Tę grządkę też dziś wyściółkowałam.



   Drugie małe pudło zostawiam pod ogórki, w trzecim pięknie rośnie cukrowy groszek. Jedno średnie zasiane marchewką i cebulą (zawsze wysiewam je razem: rządek tego, rządek tego), drugie jest  dla buraczków i fasolki.
   Kiedyś mama mnie uczyła, że fasolka i ogórki sadzi się TYLKO PO 19 maja. natomiast teściowa ogórki sadziła wczesnym porankiem 21 maja. To jest prawosławne święto Jana, więc przed tym, jak zacznie się służba w cerkwi (zazwyczaj o 8), ogórki mają być wysiane. Nie wiem, ile w tych ludowych przepowiedniach prawdy, ale w tych dwóch latach, kiedy siałam ogórki w ten dzień, plony były takie, że nie wiedziałam, gdzie te ogórki podziać. Koszami rozdawałam dla rodziny i sąsiadów. W poprzednim roku również. Mimo małej grządki i fatalnych warunków pogodowych ogórków miałam pod dostatkiem.
   Cóż, nasi przodkowie byli bliżej natury, żyli według jej zasad, wiekami obserwowali ją i dostosowywali się. Więc, wbrew pozorom, byli w sprawach rolnych dużo mądrzejsi od nas. My, niestety, zbyt daleko od tego odeszliśmy. Zbyt ufamy osiągnięciom cywilizacji, wynikam różnorodnych badań naukowych, chemii rolniczej, gospodarczej i bła-bła-bła...
   A propo chemii... Wiecie, jaki nawóz jest najlepszy? Sfermentowana pokrzywa! Wypełniamy naczynie (beczkę, wiadro, kanister) pokrojoną pokrzywą (nie koniecznie drobno), zalewamy wodą i czekamy dwa tygodnie, czas od czasu mieszając. Litr tego "wina" wlewamy do wiadra wody i podlewamy rośliny. Albo opryskujemy. Też dobrze działa. Ale ja jakoś nie bardzo lubię pryskanie, więc podlewam. Rośliny jak by kopniaka dostają! I to dotyczy nie tylko wzrostu, ale i zdrowotności. Mocne, zdrowe rośliny dłużej sprzeciwiają się jak chorobom, tak i szkodnikom. Dobrze jest na początku do pokrzywy dodać odrobinę obornika, lepiej krowiego, albo 3-4 razy mniej kurzego. Żeby razem wszystko sfermentowało się. To jest prawdziwa bomba nawozowa dla roślin. I to całkiem ekologiczna i bezpieczna dla ludzi i zwierząt. Podlewam nim tak że i kwiaty w doniczkach, w tym i domowe.
   A tak na marginesie... Fermentować na nawóz można różne rośliny: skrzyp, babka, rumianek, nagietek, mniszek... Mają właściwości lecznicze dla ludzi, więc i dla roślin również. Bardzo dobrze jest podsypywać rośliny fusami herbaty. Albo przy posadzeniu sadzonek kłaść do dołka pod korzenie saszetki herbaty (tej najtańszej, Minutkę na przykład) i skorupki jajek. Uwierzcie mi, to daje na prawdę świetne rezultaty. Robię tak również, sadząc kwiaty do doniczek, te domowe też. Odwdzięczają się na maxa! :)


   I tak, podsumowując... Jest bardzo dużo bardzo łatwych zabiegów, które przy mniejszym nakładzie pracy pozwalają uzyskać większe plony, i do tego ekologiczne. Bez chemii i sztucznych nawozów - ale z pokaźnym urodzajem. Nie warto je lekceważyć! Są sprawdzone przez wiele, wiele lat i na prawdę skuteczne. Szukając sposobów ułatwić sobie pracę (i z powodów zdrowotnych i finansowych, i ze względu na tryb życia) wróciłam pamięcią do czasów, kiedy moja babcia, potem mama, uczyli mnie wiedzy, przekazanej im przez ich mam i babć. Mając w sklepach przed oczami ogrom czudodziejnych środków , wygenerowanych przez cywilizację, zapominamy o tym, że przecież nasze babcie i prababcie obchodziły się jakoś bez nich. I całkiem nieźle sobie w tym radziły :) Póki ta wiedza jeszcze nie zanikła całkiem, warto jest czas od czasu posłuchać, co mają nam do powiedzenia starsi ludzie. Może jeszcze da się co nieco uratować.

   A może i Wy znacie jakieś "cuda", które pomagają Wam w sprawach ogrodowych? Podzielcie się z nami :)

   Na dziś to wszystko.

   Pa! :)

wtorek, 24 kwietnia 2018

Grządki podwyższone...

   ...zakładamy.
 

   Witajcie Kochani!

   Teraz zakładam kolejne grządki podwyższone. O początkach moich eksperymentów ogrodowych, które można - w przybliżeniu! - nazwać uprawą na bazie permakultury, pisałam TU i relacje już z tego roku TU.
   I tak, z czego zacząć? Oczywiście, z postawienia "pudeł". Mogą być z dowolnego materiału! Z desek, cegieł, kamienia, a nawet płotków wiklinowych. Te, oczywiście, mniej trwałe, ale za to bardziej "wiejskie" :) Na dobry układ, zasada jest jedna: szerokość grządki powinna być taka, żeby do jej środka łatwo było dociągnąć się z jednej i z drugiej strony. Czyli, jakieś 120 cm. To zależy, kto jak długie ręce ma :) Długość w zasadzie nie ma znaczenia. Może być i 100 m, ale wtedy nad nią trzeba będzie stawiać mostki,by przejść z jednej strony na drugą :) To, oczywiście, żart. od 3 do 6 m to chyba optymalnie. Jedna od drugiej na co najmniej szerokość kosiarki. Wtedy łatwo będzie utrzymywać dróżki w porządku.  Z kolei, kształt można zrobić dowolny, i dostosować go do ogólnego stylu ogrodu. Wtedy ta grządka może stać dodatkową ozdobą, taką swojego rodzaju małą ogrodową architekturą. 
   U mnie są z desek, prostokątne, rozmiarem dostosowane do rosnących już na działce drzew i krzewów. W tym miejscu był wcześniej mój warzywnik. Ale zastój wody sprawił, że ziemia stała bardzo ciężka i twarda.  I albo tu ciągle kałuża, albo, jeśli parzy, ziemia staje się jak beton. Ręce sobie urywałam, próbując utrzymać warzywnik mniej, więcej w porządku. Poddałam się. I zaczęłam szukać rozwiązania. W czasopismach, książkach i sieci. Ale o tym też już pisałam TU.
   Teraz sprzątam tę część działki, która jest jednocześnie sadem i wybiegiem dla kur. Za wiele lat zgromadziły się tu resztki drobnych gałązek malin, porzeczek, różnych drzew owocowych, opadłe liście. Kury, oczywiście wszystko to "przemieliły" prawie na zrębki :) Na spód pudeł tnę gałęzie z tegorocznej obcinki i przysypuję je tymi resztkami kurzego przerobu :) I wypełniacz, i nawóz w jednym. Bo wiadomo, że kura gdzie chodzi, tam i... wiadomo... 







   Jutro albo pojutrze, jak tam mi wyjdzie, pójdzie warstwa skoszonej trawy, by jak najszybciej przepaliła tę grubą część, potem obornik spod kóz i kur, a potem warstwa czarnoziomu. I można siać.

   Dziś opowiem jeszcze o jednym zabiegu, stosowanym przeze mnie, który jest dość mało znany, ale w niektórych sytuacjach bardzo pomocny. Mam młodą gruszę, która ma lat 8. Niedaleko jej rósł ogromny orzech włoski. Gruszka w trakcie wzrostu starała się od niego "uciec", wyginała się w przeciwną od niego stronę. Orzech ścięliśmy, bo był mało wartościowy: grube poprzerastane skorupki, z których nie da się wydobyć orzecha. Natomiast grusza tak i została krzywoboka.  z tej strony, gdzie było mało gałęzi, zaczęły na potęgę rosnąć "wilki". A wiadomo, one szybko rosną, są jałowe i odbierają drzewu dużo składników odżywczych. Natomiast słyszałam kiedyś o tym, że jeśli ułożyć "wilkom" poziomo, to po roku-dwóch one przekształcą się w zwykle gałęzie i zaczną dawać plony. Dwa lata temu sformowałam tak cztery pierwsze, największe "wilki" i w zeszłym roku one już wydały mi pierwsze owoce. Układam je tak, żeby uzupełnić pustki wśród gałęzi, ukształtować bardziej "foremną" koronę Gałęzie można podwiązywać do wbitych w ziemie palików, innych gałęzi i drzew, nawet do płotu :) Nie wolno od razu mocno odchylać gałązkę, inaczej pęknie. Lepiej co kilka dni mocniej naciągać sznurek, co 5-10 cm, póki nie osiągniemy potrzebny poziom. I zostawić tak do wiosny. To już będzie całkiem sformowana, pełnowartościowa gałąź, która najprawdopodobniej już w tym roku da pierwsze owoce. Nie można również mocno zaciskać sznurek na gałęzi, bo ona rośnie, i z czasem sznurek będzie wrastać w korę, powodując rany, a nawet zamieranie gałęzi. Jeśli gałąź jest gruba, i potrzebne jest sine naciągnięcie, to pod sznurek trzeba podłożyć zwinięty w kilka warstw kawałek papieru, folii albo szmaty. To tak samo zapobiegnie wrastaniu sznurka w korę.





   U mojej gruszy "wilki" są jeszcze cieniutkie, więc wystarczą tylko luźne pętelki. 
   W taki sam sposób można odchylać gałęzie nie tylko do dołu, ale i na stronę, lub do góry. Można próbować, eksperymentować, tylko pamiętać, że wszystko powinno być w miarę. Bo wiadomo, że co za dużo, to...

   No, i na koniec moje bratki:









   Na razie powiem "do zobaczenia"!

   Pa! :)