Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziółka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziółka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2019

Kwas chlebowy, susz owocowy i mrożonki...


   Witajcie Kochani.
   I tak, jak obiecałam, dziś o mrożonkach. Jakoś tak u mnie zawsze wychodzi, że jak zaczynają rosnąć ogórki, to już nie ma kopru. Mój jest samosiejem, kiełkuje wczesną wiosną i pod koniec czerwca zostaje po nim tylko wspomnienie... w postaci mrożonej natki i suszonego "badyla". To suszone jest właściwie bardzo dobre, bo ma wspaniały aromat i świetnie wzmacnia smak konserwowanych ogórków. Tylko że ja mam wieczny problem z suszeniem. Bo zazwyczaj, jak zaczynam suszyć, to na dworze pada, i nawet wiata nie ratuje, susz schnie długo i otrzymuje "w prezencie" trawiasty posmak. Nie zawsze, ale tak bywa. No i samo suszenie, przy moim zapominalstwie, to nie najlepszy sposób... W tym roku postanowiłam "badyle" wraz z "parasolkami" po prostu zamrozić. Pokroiłam do woreczków strunowych i do zamrażarki. To samo zrobiłam ze strzałkami czosnku.


   Zawsze wykorzystywałam je do kiszenia/marynowania ogórków. bo ząbków szkoda, jeszcze niedojrzałe, a strzałki są bardzo aromatyczne. Więc czemu nie? W pewnym momencie chciałam je zmielić i zamrozić w kosteczkach, żeby potem dodawać do dań jako przyprawę. Tak właśnie zrobiłam z cebulą. Miałam na grządkach trochę dymki, posadzonej wiosną na szczypior. Piórka  i białe końcówki pokroiłam i popakowałam oddzielnie. biała cebulka będzie do podsmażania do zup i sosów. A zielony szczypiorek - no, jako zielony szczypiorek :) Natomiast strzałki cebuli i części "pomiędzy" szczypiorem a główkami zmieliłam i zamroziłam w sylikonowych foremkach na babeczki.



   Trzeba do zupy, sosu albo tych że czebureków - bierzesz sobie kostkę-dwie-trzy i po sprawie. Szybko i wygodnie :)
   Muszę przyznać, że ja taka w ogóle jakaś wygodniarska się zrobiłam. Staram się znaleźć takie rozwiązania, które potem zaoszczędzą kupę czasu. Dziś zmarnuję dzień na gotowanie i marynowanie buraków, albo na obieranie, tarkowanie i zamrażanie marchewki, a potem już nie trzeba będzie za każdym razem gotować, tarkować, zmywać naczyń i td. No pomyślcie: tarkę, garnek i miski umyje się tylko raz, zamiast jakich 20-30 w ciągu zimy. A i myśleć nie trzeba, jak to te buraki/marchewki przechować w mojej suchej i ciepłej piwnicy. Zazwyczaj po tygodniu już robią się, jak gąbka. Nie mówię już o gazie. Ile go wypalisz, gotując 2 godz. duży gar, albo 20 razy po 2 godziny w małych garnuszkach. No, taka wsiowa podstawowa matematyka :)
   Co jeszcze nowego robię w tym roku... Praktycznie nie robiłam i nie będę robić dżemów. Jest ich ogrom jeszcze z poprzednich lat! Jagody wyciskam na wolnoobrotowej wyciskarce i wekuję soki z miąższem. Natomiast to, co pozostaje, prawie suche, dosuszam i pakuję do woreczków. Będzie jako smakowy dodatek do herbatek. Bo, na przykład, liść maliny, mimo swoich walorów witaminowych i mikroelementowych :) jest praktycznie bez smaku. I te dodatki będą tu jak znalazł. Albo pokrzywa. Ma dość specyficzny smak, nie każdemu on odpowiada. Z takimi dodatkami na pewno będzie smaczniejsza. Tu też stosuję jeden mały chwyt. Każdy susz, szczególnie owocowy, po zapakowaniu do woreczków, wkładam na dzień-dwa do zamrażarki. Teraz jest sezon na muszki, meszki i muchy, które podczas suszenia mogą odłożyć swoje "geny" w suszu, i po jakimś czasie w woreczku zamiast suszu będzie sama czysta proteina :) Właśnie żeby temu zapobiec i wkładam susz do zamrażarki. Wtedy już nie ma żadnych szans, że z jajeczek wyklują się larwy. Ten sam zabieg stosuję również do grochu, fasoli i orzechów (to akurat przeciw strąkowcu bobowemu i molom spożywczym). Jeśli, oczywiście, to nie są nasiona, które przeznaczone są do wysiewu na wiosnę. Chociaż, orzechów to nie dotyczy. One spokojnie leżą sobie przez zimę na ziemi i na wiosnę kiełkują. Ale te mole to moje utrapienie od kilku lat. Wysuszone orzechy włoskie pękają, i wystarczy jednej wścibskiej molki, która odłoży w szparę jajeczka, by po tygodniu było ich w domu, jak śniegu.

   A teraz podam swój przepis na

Kwas chlebowy

   Potrzebny jest żytni chleb. Nie łatwo go teraz znaleźć, wszędzie mieszany. Z nim też robiłam, ale smak już jest delikatnie inny, chociaż kwas na nim tez znika w moment :) I tak, mały bochenek chleba kroje na kosteczki i suszę w piekarniku. Przy 100 st. jest to mniej więcej około pół godziny. Jeśli chce się mieć bardziej wyrazisty smak chleba i intensywny kolor, to trzeba mocniej podgrzać, do złocistego (brązowego) koloru.


   Tych kostek mi starcza na trzy pięciolitrowe słoiki nastawu. Jeśli pojemniki są mniejsze, to ilość chleba trzeba zmniejszyć. Średnio mała garść na litr. Wsypać trochę cukru, średnio łyżka na litr. Ale to trzeba będzie eksperymentować. Ktoś lubi bardziej słodkie, ktoś mniej. Jeśli na kwasie mam zamiar zrobić chłodnik, do cukru daję jeszcze mniej. Chleb zalewam wrzątkiem, nie dolewając do samego wierzchu ze dwa cm. Jeśli naczynia są szklane, to warto podłożyć pod spód ostrze noża albo uchwyt łyżki/widelca, coś płaskiego metalowego, żeby szkło nie pękło. Zamykam, żeby owady nie przedostały się, i zostawiam tak na noc, albo dzień, czyli na 12-15 godzin. Teraz trzeba dodać zakwas. Od razu go nie miałam, więc rozpuściłam odrobinę drożdży w ciepłej wodzie i wlałam do słoika. Teraz już dodaję nie drożdże, tylko ten chleb, który pozostał mi po przecedzaniu kwasu z poprzedniego nastawu. Łyżki na litr wystarczy w zupełności. Po dodaniu drożdży po kolejnych 10-12 godzinach można przecedzać. Ja wkładam do sitka czystą ściereczkę i wylewam zawartość słoika. Wyciskam delikatnie i wkładam do słoika na przechowanie. To i jest zakwas na kolejny raz. Czysty płyn (zazwyczaj on jest mętny, ale tak ma być) przelewam do butelek, wrzucam po kilka rodzynek, zakręcam i do lodówki. Na jutro można pić. W lodówce może stać nawet kilka tygodni. Warto czas od czasu sprawdzić, czy nie mocno rozpiera butelkę. ewentualnie wypuścić gaz. Chociaż ja z tym problemu nie miałam.
   Pokażę jeszcze galaretkę z agrestu. Trochę zielonego, pozostały czerwony. Nigdy jeszcze jej nie robiłam, bo mój Janek zjadał go zawsze na bieżąco, wprost z gałązek  :)


 
   Muszę zaznaczyć, że cały był zebrany przez Eliasza, póki ja byłam w pracy. Babcia obrała z szypułek, a mamusia w nocy dokończyła proces :)

   Chcę serdecznie podziękować Wam dziewczyny za tak miłe słowa pod poprzednimi postami! Balsam na serce czytać takie komentarze!

   Do skorego!

   Pa!

czwartek, 4 lipca 2019

Jagody, jagódki...

 

   Witajcie Kochani!

   W moim życiu i życiu mojej rodziny nadszedł czas dużych zmian. Uczę się odganiać od siebie ciężkie, gorzkie wspomnienia i pamiętać tylko te najlepsze. Jak wspominam o swoim Janku, to rzadko płaczę. Częściej uśmiecham się. Bo ten człowiek dał mi tyle szczęścia, tyle radości, że muszę to jemu odwzajemnić (jak ni dziwnie to zabrzmi). Mimo przykrych, gorzkich, cholernie bolących przeżyć z ostatnich lat, nadal chcę żyć, chcę działać, żeby zrealizować jak najwięcej tego, o czym MY marzyliśmy, co planowaliśmy. To już nie będzie to samo, jasne, ale... jestem mu to winna.
   Trochę trudne mam zadanie :) Wiadomo, jak to jest, jak człowiek pracuje. Godziny pracy mam, niestety, nie zbyt wygodne, bo ani z rana czegoś większego zrobić nie da się, ani tym bardziej wieczorem, bo wracam po 20-tej. Dlatego pierwsze, co zaplanowałam zrobić, czyli całkowite przemeblowanie sypialni, zajęło mi prawie... dwa miesiące :) Tu muszę zauważyć, że sypialnia była jednocześnie i moją pracownią, i ogrom pudeł z materiałami, włóczkami, półfabrykatami, farbami zajmowało mi wszystkie możliwe zakątki pokoju. Pracownie chcę sobie zrobić w piwnicy, w pokoju, gdzie stoją regały ze słoikami. Trochę może nie zbyt udane tło... chociaż... Wszystko zależy od sposobu aranżacji. Plany u mnie, jak u Napoleona, a jak tam wyjdzie z realizacją?... Oby nie tak, jak u niego :D
   No więc... Całkowita przeprowadzka na dół na pewno nie szybko nastąpi. Bo teraz każdą wolną chwilę muszę spędzać w ogródku. A to pielenie, a to podwiązywanie, a to przycinanie... No i już sezon przetworów się zaczął. Truskawek było tylko co sobie zjeść.


Z początku wiosenny przymrozek kwiaty zmarnował, potem te okropne upały i susza. Śliw i wiśni/czereśni tez praktycznie nie ma - po przymrozku pod drzewami były dywany z drobnych owocków. Było bardzo dużo białej morwy, bo ona wypuszcza listki i kwiaty późno, więc przymrozki jej nie straszne. Ale później upału sprawiły, że dojrzewające jagody zasychały wprost na gałęziach, i spadały już suche. No, od razu do herbatki :) Tylko weź Ty je wyzbieraj z trawy! Tylko kiedy je zbierać? Ja już nie potrafię spać po 3-4 godziny dziennie :) Chyba wyczerpałam limit takich możliwości :) Chociaż... Czasem myślę: a po co mi to? W piwnicy stoi jeszcze ze 300 litrów różnych przetworów. Moje robaki nie zbyt na słoiki się rzucają. Chyba że na ogórki. A my z mamą we dwie ile możemy zjeść? No ale ta wsiowa "żaba" dusi: tyle owoców, i nic z nimi nie zrobić? Karygodne!!! :) Taka walka wewnętrzna ;) I jak myślicie, która strona zwycięży? :D A no właśnie... ;)
   Przyszła kolej malin, różnych porzeczek i borówek. Te białe i część czerwonych to dzisiejsze poranne zbiory. Druga część czerwonej i czarna została na jutro.
 




   Jabłek nie jest dużo, bo kwitnienie akurat na przymrozki przypadło, ale na tych drzewach, co kwitły później, szczególnie na młodych, trochę jest. Nam starczy :)


   Jeżyny będą. Oby tylko nie wysuszyło! Bo rosną dość daleko od studni, żadnego węża tam nie starczy. A w wiadrach tyle nie naciągasz się. W zeszłym roku prawie wszystkie wyschły, nie dojrzewając. A bardzo je lubię. Szczególnie dzęm z jeżyn z gruszkami. Pycha!


   Czarny bez. Teraz cały zostawiłam na jagody. Kwiatów nie zbierałam. Po pierwsze, były akurat straszne upały, i ja prawie nie funkcjonowałam. A po drugie, mam syrop jeszcze z poprzedniego roku.


   Trochę o ogródku. Nadal stosuję ściółkowanie wszystkich możliwych powierzchni na grządkach, a nawet pod krzakami. Widzę, że dość dobrze rośliny odzywają się na ten zabieg. Pod ściółką ziemia dłużej zachowuje wilgoć i nie tak w upały nagrzewa się. Na przykład, borówki zachowały prawie wszystkie zawiązane owoce, a w zeszłym roku po upałach prawie wszystkie zrzuciły. Żadnej zmiany nie było, oprócz tej ściółki. Więc śmiem myśleć, że to właśnie dlatego.
   Znalazłam sposób i na swoje wycięte berberysy. Rosły na klombie, gdzie nie da się wykopać ich korzeni, żeby nie uszkodzić róż. I ich odrosty mnie po prostu zamęczyły! No to postanowiłam nasypać nad nimi kopczyki ze świeżo ściętej trawy. I wiecie co? Wypaliła! Nie za raz, oczywiście. Jak tylko widziałam, że temperatura w kopczyku spada, czyli trawa już przefermentowała, to usuwałam ją i nasypywałam świeżej. Jak na razie, jest czysto. Jak na długo - zobaczymy. Wszystko poznaję w eksperymentach i próbach, własnie tak zdobywam swoje doświadczenia. Sporo podczytuję i podpatruję u Rosjanek, szczególnie tych, co mieszkają na północy i w Syberii, bo to własnie do tych warunków najbardziej pasuje moje Wygwizdowo :) Coś próbuję, coś zastosowuję. Coś wychodzi, coś nie... Ale bardzo lubię takie eksperymenty, jak w ogrodzie, tak i w kuchni.

   Tak, teraz o kuchni :) W tym roku zdecydowałam się oddać przewagę mrożeniu. Zakupiłam sobie woreczki strunowe w kilku rozmiarach, i wszystko od razu porcjuję. Zamrażarkę mam dużą, kupioną kiedyś specjalnie do świniobić. Teraz to już po ptokach... Ale nie mam zamiaru jej wyłączać, znajdę zastosowanie ;) Z początku rozsypuję wszystko cienką warstwą na tacy/blasze i do zamrażarki. Długo tak nie trzymam, bo im więcej surowiec tak leży, tym więcej narasta na nim lodowej glazury. Jak na rybie w sklepie :) Więc, jak tylko surowiec zamrozi się, od razu pakuję go do woreczków, starając się, żeby w nich zostało jak najmniej powietrza. Mam, co prawda, zgrzewarkę próżniową, I czasem z niej również korzystam. Zależy, jakie mam porcję.
   Zamroziłam już w taki sposób sporo szczypiorku, cebulki, strzałki cebuli, czosnku i koperku, groszek cukrowy w strąkach. Sporo zawekowałam szczawiu. O nowych sposobach na te przetwory napiszę w kolejnym poście. No natka koperku, oczywiście. Truskawek trochę. Nasuszyłam sporo oregano, melisy, mięty i majeranku. Narobiłam kostek lodowych z ziołami. O tym też kolejny raz...
   Mam w ogródku dwie odmiany mięty. Nie pytajcie mnie tylko, które to! Nie wiem! :) Tyle ich jest! I cytrynowa, i czekoladowa, i jabłkowa, i pomarańczowa... U mnie obie - po prostu miętowe :D



   Podczas upałów sporo robiłam kwasu chlebowego, a tak że chłodników na jego bazie. Jak temperatura sięga 37 stopni w cieniu, to taki kwas/chłodniczek z lodówki to samo to!


   No, to na dziś chyba starczy :) Nie będę Was więcej męczyć. Bo i tak syn mówi, że moje posty to taśmowce, które mało komu starczy cierpliwości doczytać do końca :)
   Miłego Wam! I do skorego!

   Pa!

niedziela, 8 września 2013

Niedzielka...

   Słoneczko świeci... Starsze dzieci na zakupach... Młodsze dziecio z tatem na spacerku rowerkiem...

   Witajcie Kochani!

   Wreszcie mam chwilkę dla siebie. Nie wiem, czy długo ta chwilka potrwa :) ale jednak.

   Ziemniaczki zebrane. Odetchnęłam z ulgą. Nie dużo ich, ale dla nas starczy. Pod koniec wiosny na polu stała woda, posadziliśmy je późno. Potem uderzyły upały i ziemia stała się skałą. I tak nie wiem, jakim cudem te ziemniaki potrafiły urosnąć. Bo jak próbowałam nakopać sobie na jedzenie, to złamałam motykę - odskakiwała, jak od prawdziwej skały :( Musiałam brać łom. Pewnie, nie wierzycie? Ale tak było, niestety. No ale już w porządku, zimę przetrwamy! :D  Suszę śliwki,

   już słoik jest, suszarka czeka na kolejny rzut.

   Zaczynają opadać twarde gruszki, też pójdą do suszarki.Pytały mnie dziewczyny o suszenie malin. Pisałam już na Facebooku, ale wkleję odpowiedź i tu, bo wiem, że nie każdy FB lubi. Maliny suszyłam w zeszłym roku. Temperatura musi być niska, bo się rozpłyną. Ze słodkich dużych malin wyszedł mi okropnie kwaśny susz. Ale do herbatki... Jabłek w zeszłym roku nasuszyłam ogrom, a w tym nie ma na jabłonkach nic. Muszę po sąsiadach poszperać. Widzę, że stoją przy bramach worki, oczekujące na zakupowy samochód. No to i mi, pewnie, się dostanie. Bardzo chcę natoczyć soku. Dużo miałam, ale szybko znikł :) Gruszki jeszcze mam, pietruszkę, można jeszcze raz popróbować z pomidorami się pobawić. 
   Podpatrzyłam w Polsat Food Network robienie czipsów z marynowanych ogórków. No a jak że! Musiałam wypróbować. Pokroiłam w krążki, zalałam zwykłą marynatą, tak jak do słoików. Postały dzień, obtaczałam w mącę i - do frytkownicy. No cóż... Nie jest to jedzenie na co dzień, ale jako przekąska, albo nowinka na spotkanie z przyjaciółmi - jak najbardziej. I myślę, że nie będzie różnicy, jeśli nie marynować te krążki specjalnie, tylko pokroić już gotowe marynowane lub kiszone ogórki. Radzę spróbować, na prawdę nie są złe :)

   Samym ważnym zdarzeniem zeszłego tygodnia było na pewno rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Moi synusie po powrocie starszego ze szkoły:
    Czas leci, dzieci rosną... Nie nadążam już ani za czasem, ani za dziećmi... Ani za swoimi planami... A tych to mam, oj mam! :) Nie mogę na razie zrobić generalnego remontu w domu, ale już zbieram różne starocie i nie bardzo starocie do przeróbki pod mój gust. Parę dni temu na złomie u siostrzenicy wypatrzyłam przepiękny świecznik na ścianę, w środę na rynku - stary zardzewiały kinkiet z fajnymi drewnianymi gałkami. To, oczywiście, do przemalowania i dorobienia. To plany raczej na zimę, bo teraz nie do tego. Czasem można spotkać rzeczy już same w sobie fajne. Ulubiony kubeczek, który po pęknięciu już nie nadawał się do picia, został fajową shabby chik doniczką dla delikatnego fiołka:

    Wiklinowy pojemnik, kupiony za parę złotych w Biedronce, bardzo mi się podobał, ale nie pasował mi kolorystycznie.  Pobielony, został wymarzoną osłonką dla doniczek z innymi fiołkami.
    Z lewa: też pobielona stara ceramiczna doniczka, która miała już iść do wyrzutu :)
    Komplet bielonych ceramicznych doniczek z cynową podstawką do ziół też kupiłam w Biedronce. Dziękuję drukowanym reklamkom - w nich wypatrzyłam i czekałam, aż się pojawią w sprzedaży :)
 
    W zasadzie, nie trzymam ziół w kuchni. Mam tego dobra pod dostatkiem w ogrodzie. Ale ten komplet po prostu wołał mnie o uzupełnienie należytej zawartości :D
   Wiaderko odstąpili mi w kwiaciarni za grosze, bo ma w środku z lekka uszkodzoną powłokę. Stało pojemnikiem na czosnek :)

    No, i największa "ozdoba" mojego domu, bezsprzecznie w stylu shabby chik - stare żeliwne grzejniki!!!
   No właśnie, chociaż i są one absolutny shabby chik, ale ozdobą są absolutnie w cudzysłowiu. Żeliwne, masywne, były ustawione w domu 30-ileś lat temu, z odzysku (wiadomo, każdy grosz się liczył). Mają w wielu miejscach nakrapiane plamy spawalnicze, są chropowate, brudne. Brudne nie dlatego, że ich nie myję lub nie maluję :) Tylko że plamki wieloletniej rdzy i jakiejś tam smoły (czy co to w ogóle jest) przechodzą przez farbę i w żaden sposób ich się nie pozbyć. Zamieniać na współczesne aluminiowe nie chcemy. Bo chociaż powoli one się nagrzewają, ale jednak długo trzymają temperaturę, i w zimie czasem nawet nie musimy w nocy wstawać, by podłożyć do kotła: nad ranem, jak pora już wstawać, grzejniki wciąż jeszcze z lekka ciepłe. No i pytanie: jak ich ukryć? Widziałam w sieci dużo różnych zdjęć, ale nie wszystko mogę zaakceptować. Nie wchodzi w rachubę siatka hodowlana na ramce z kątowników, bo nie jestem spawaczem :D Jestem, oczywiście, bardzo zdolną babką, ale nie na tyle :) Chociaż... na studiach mieliśmy spawanie, i nawet miałam z tego przedmiotu piątkę (z pięciu :) i z teorii i z praktyki. Ale uczyliśmy się na sprzęcie ciężkim, przemysłowym i już... żeby nie skłamać... 29 lat temu. O Jezu!!! :O Ile??? Dobra, przejechaliśmy... :( No. Pewnie, jak by zaszła taka potrzeba, to i z tym by sobie poradziła. Ale jakoś mi się nie chce... Najlepiej by była ażurowa zasłona z cienkiej sklejki, cienkich drewnianych kątownichków - coś w tym stylu. Z drewnem to by mi było łatwiej, niż z metalem. Najłatwiej by było ubiegać się o pomoc zaprzyjaźnionego stolarza. Ale BARDZO zaprzyjaźnionego nie mam, a niezaprzyjaźniony za takie coś zaśpiewa... Że za tą kasę nowe grzejniki postawić by można. Będę wdzięczna za podpowiedzi.
   ...a żeby tak siatkę zamocować na drewnianych ramkach... i z góry wąski blacik, parapecik - jak nazwij, tak nazwij...
  ... no... trze to obmózgować...

   Bezrobótkowo dziś. Mam co nieco na wykończeniu, ale... Ziemniaki i śliwki były ważniejsze :D

   Marlena Siemczyszyn, elfi, bułeczek to bym raczej nie wysłała, ale ciasteczka... jak najbardziej :)

   Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie! Dziękuję, że jesteście nadal ze mną! I wybaczcie mi, że rzadko goszczę u Was. Bo to blogowanie i facebook'owanie odbiera strasznie dużo czasu :(

   Miłej niedzielki życzę i udanego tygodnia!

   Pa!


   PS. Przypominam o liczniku 55555 i dodaję jeszcze 56789 :)

niedziela, 9 czerwca 2013

I kolejny raz o przyjemnym :)

   Nie, to nie znaczy, że mam mniej problemów i bardzo mi wesoło :) Ale wychodzę z założenia, że dobre myśli potęgują stworzenie dobrego toku życia. O, zakręciłam...

   Witajcie Kochani!
   To co, porozmawiamy o domowym spa? Pewnie, każda z Was ma swoje wypróbowane przepisy. Ja też mam. Nie uganiam się za nowinkami przemysłu kosmetycznego. Nie mam na to ani ..., ani ochoty. Myślę, że nie stworzymy nic bardziej skutecznego, niż już stworzyła Matka-natura. Jako kobieta wiejska :), staram się wykorzystywać to, co mam pod ręką i pod nogą :D
   Najpierw muszę odznaczyć nie tak dawny swój wynalazek. To znaczy, nie mój wynalazek, znaleziony na beskrajnich przestrzeniach rosyjskich stron internetowych, ale dla mnie to był wynalazek na skalę Koła w historii człowieka :).
WODA PIETRUSZKOWA 
   Ot taka znajoma wszystkim roślinka ogrodowa (i sklepowa :) okazuje się w stanie tworzyć cuda z naszą cerą. Od razu powiem - nie wierzyłam, wzięłam za kolejny kit kosmetyczny. Chociaż potem się zastanowiłam, bo wiem, że pietruszka jest cudotwórczym środkiem na różnego rodzaju problemy z układem nerki - drogi moczowe. Wiem to dobrze, bo mąż miał poważne problemy z atakami kamienicy nerkowej. Kanapki z pastą pietruszkową w domu i do pracy - i po problemie. Co prawda, ma specyficzny posmak, nie każdy go lubi (mąż nie lubił strasznie!), dlatego mieliłam na maszynce razem z czosnkiem, smarowałam tę papkę na chleb, z góry wędlinka - jakoś tam szło :) Można zmielić z innym składnikiem, mającym zdecydowany smak, albo po prostu nałożyć na kanapkę razem z liśćmi sałaty. No więc...

   Drobno pokrojoną natkę pietruszki (mniej-więcej sklepowy pęczek) zalewamy 150ml zimnej przegotowanej wody, zostawiamy pod przykryciem na 12 godzin. Przecedzamy, przelewamy do buteleczki i do lodówki. Stosować jak tonik do oczyszczania i odświeżania. Zachowuje przygodność do 2 tygodni.
  
   Chociaż cerę mam wcale nie suchą, ale po umyciu zawsze czułam taki efekt ściągania. Musiałam stosować krem nawilżający. Po przecieraniu twarzy płatkiem, zmoczonym tą wodą żadnego kremu już nie potrzebuję.

   O tym, jak działa plasterek ogórka na oczy i cerę dookoła, wie pewnie każdy. Ja częściej stosuję inny środek. Czarna herbata. Tak, najzwyklejsza czarna herbata. Można zaparzyć i po wystygnięciu namoczyć płatki kosmetyczne, nałożyć na oczy i po relaksować kilka minut. Efekt oszałamiający! Można także zaparzyć herbatę w saszetkach, wypić ją (albo i nie wypić - jak kto woli :) a saszetki nałożyć na oczy. Zmęczone zaczerwienione oczy, worki po imprezie albo niedosypianiu - zapomnicie. Muszę także odznaczyć i efekt leczniczy. Kiedyś, jak starsze dzieci były małe, nigdy nie stosowałam dla nich żadnych kropli do oczu. Wiadomo, jak bywa z dziećmi: grzebie się w ziemi, albo żmaka kotka, albo do talerza z rękoma - i do oczu. Na jutro sklejone rzęsy albo nawet poważne zapalenie. U mnie zawsze była tylko herbata. Przemywałam co 30-40 minut. Do końca dnia już było wszystko w porządku. No, na drugi dzień, jeśli stan był bardziej zaawansowany. Stosowałam ten przepis i dla zwierząt - działa tak samo. 

   Kolejny cud-przepis. Na mocne włosy. Pokrzywa. Wiem jeszcze o łopianie i skrzypie, ale ja osobiście korzystałam tylko z nastoju albo wywaru z pokrzywy. Szczególnie jest potrzebna, jeśli włosy zaczynają wypadać. 
   Pęk pokrzywy wrzucić do gotującej się wody, wyłączyć ogień, nastajać pod przykryciem, póki nie osiągnie temperaturę, przyjemną dla skóry głowy. Myć, jak zwykle, tylko zamiast wody polewać głowę wywarem. Jeśli włosy nie wypadają, ale chce się, by były mocniejsze i gęstsze, można wywarem tylko spłukiwać. Można do wywaru dodać łyżkę octu - włosy będą miękkie i jedwabiste. Na zimę pokrzywy można nasuszyć. Działa nie gorzej, tylko surowca do gara trzeba dodawać mniej. Dobry efekt na wzmocnienie włosów i skóry głowy daje jajko. Za półgodziny do mycia wetrzeć we włosy i skórę surowe jajko (albo dwa na długie włosy). Okryć reklamówką i ręcznikiem. Potem zwilżyć wodą, dobrze rozmasować. Pojawi się piana, która działa, jak szampon. Tak że wynalazki sklepowe nie są konieczne :) Spłukać dobrze wodą albo wywarem z pokrzywy.

   Co do reszty ciała... Sól morska do wanny, olejki eteryczne, pilingi cukrowe i migdałowe... To też wszyscy wiedzą. Ja już kilka lat stosuję swój 

PILING CUKROWO-KAWOWY

   8 łyżeczek cukru i 1 łyżeczkę kawy mielonej dobrze wymieszać, dodać łyżeczkę oleju roślinnego, wymieszać. Tą mieszanką rozcierać zwilżone ciało. Spłukać czystą wodą.


   
   Nie mogę nawet opisać, jak cudownie się czuje po tym "zabiegu". Cera się robi jedwabista, elastyczna. Zdaje się, że zrzuciłaś z siebie z 10 kilo. Stosuję ten przepis już kilka lat i nie mam zamiaru zamieniać go na coś innego. 
   Ze dwa tygodnie temu pierwszy raz popróbowałam zrobić sama mydełko. Nie wiem, czy płakać, czy się śmiać :) Przepisów w internecie można znaleźć setki, nie będę się powtarzać. Powiem tylko, że wzięłam zwykłe czyste, bezzapachowe mydełko, natarła go na tarce, 
 

misę wstawiłam do większej, wypełnionej wodą, postawiłam na ogień. Trzeba było mieszać, póki się nie rozpuści. Nie chciało! Musiałam dodać odrobinę wody. Kilka razy. Do galaretowatej masy dodałam kilkanaście kropli olejku magnoliowego, natartą na tarce suchą skórkę z pomarańczy i suche płatki nagietków. 

Wyłożyłam do foremek silikonowych (nalać się nie dało) i zostawiłam do zagęszczenia. 

Zajęło to prawie dobę. Potem wyłożyłam na papier do pieczenia i suszyłam jeszcze kilka dni. 

Nie wiem, co zrobiłam nie tak, bo w przepisie, który wykorzystałam, było napisane, że schnie kilka godzin :( Ułożyłam do pudełka, ale nadal wygląda tak, jak by było trochę niedosuszone. Ale pachnie cudnie!

   No to teraz jeszcze coś dobrego dla żołądka :) 

SAŁATKA W PŁYNIE :)
   
   To taka nazwa robocza :) Kawałek ogórka, można rzodkiewkę, liść sałaty, szczypiorek, pietruszkę, koperek, można jeszcze pomidorek, bardzo dobrze dodać seler, naciowy lub korzeń (szczególnie dla odchudzających się).  Pokroić, wrzucić do blendera, zalać zsiadłym mlekiem, dobrze zmiksować.


   Bomba!!! A wiecie, że seler, to jedyny produkt na świecie, który do spalania (trawienia) potrzebuje więcej energii, niż przy tym wydziela? Czyli, wymarzone jedzonko dla odchudzających się. Szkoda tylko, że nie lubię jego smaku. Ale stosuję! Nawet posadziłam u siebie :)

   A teraz coś mniej dietetycznego. Czyli

CZEBUREKI (ЧЕБУРЕКИ)

   Danie azjatyckie. Nie powiem konkretniej - turkmeńskie, azerbejdżańskie czy uzbeckie. Ale na pewno z tych krajów, gdzie chodzą (chodzili) w pikowanych chałatach (szlafrokach?) i futrzanych papachach (czapkach), czyli z krajów stepowych. Jak że u nas kraj (Związek Radziecki) był bardzo różnorodny co do narodowości, wszyscy mieszkali razem i robili wszystko razem, to danie to bardzo przypadło do gustu wszystkim i teraz jest już, tak bym powiedziała, regionalnym danem radzieckim :D I teraz podaje się jego we wszystkich knajpach, kafejkach i kioskach z żywnością. To taki nasz, swojego rodzaju, fast food :)

Potrzebujemy do tego zwykłe ciasto jak na pierogi. Można drożdżowe, ale ja zawsze robię ze zwykłego: woda i mąka, nic więcej. Do farszu trzeba mielone i jak najwięcej świeżego pokrojonego szczypiorku. Nawet 1:2 objętościowo. 
 
Mieszamy, doprawiamy. Odrywamy od ciasta kawałki z dużą śliwkę rozmiarem :), rozwałkujemy na grubość około 3mm. Nakładamy na środek farsz, 

składamy na pół, dobrze przygniatamy farsz i dookoła, prawie na płasko

 i talerzykiem wycinamy duży "pierog", zostawiając dookoła farszu szeroki brzeg ciasta. 


Obsmażamy na oleju z obu stron do mocnego zrumienienia. 

Składamy do garnuszka pod pokrywkę, by trochę zmiękło ciasto. Ostrożnie! Bo można połknąć język razem z tym czymś! :D

   Jeśli zostanie ciasto, nie trzeba go wyrzucać. Rozwałkować tak, jak na czebureki, powycinać szklanką krążki, obsmażyć na tym samym oleju, wyłożyć na talerz i posypać odrobiną cukru. Szmakota! :)

   Co do stolnicy silikonowej... Marzyłam o niej od dawna. W końcu dało się kupić w Kauflandzie po dość przystępnej cenie. No... Nie jest aż tak dobrze, jak się reklamuje, i tak musiałam trochę mąką podsypywać, ale na pewno dużo lepiej, niż na stole. Z tym zawsze był problem. Takie ciasto, żeby od stołu oderwać, trzeba było podsypywać ogromną ilością mąki. Potem na patelni zbierało się jej więcej i więcej, przypalała się i psuła smak i wygląd dania. Tak że myślę, że jest warto ją kupić.

   No cóż... O ogrodzie dużo nie będę. Nie jest najlepiej. Długie deszcze i zimna pogoda sprawiły, że dużo wysianych i wysadzonych w tym czasie roślin nie wykiełkowało (zgniły nasionka) lub nie rośnie, siedzi, jak przywiązane. I dziś na dworze zrobiło się zimno, deszczowo, chociaż z rana stał upał pod 30 i parzyło tak, jak by chciało wysuszyć całą ziemie. Ale i tak mamy już pierwsze ogórki i truskaweczki. 
 
   Jest pierwszy zbiór ziółek:


   Oregano już wysuszone, przetarte i zapuszkowane :) Zaraz pójdę pakować melisę, do wieczora, pewnie, wyschnie i mięta. Potem jeszcze dziurawiec i hyzop. No i rumianek, oczywiście. Ech, nie mogę się nacieszyć swoją suszarką :)

   Z robótek popełniono nie dużo, za sprawą ogrodu nie mam na to czasu. Ale i to zostawię na kolejny raz, bo część z Was, pewnie, drzemie już :) 
   Dziękuję wszystkim za miłe słowa w adres moich robótek i przepisów. Mam nadzieję, że przydają się :)

   No to wszystkiego najlepszego! 

   Pa!