Obserwatorzy

wtorek, 12 sierpnia 2014

W biegu...

   Witajcie Kochani!

   Tyle się dzieje, że po prostu nie wiem, z czego zacząć... Pierwsze: zaczęłam w końcu jeździć na Białoruś, załatwiać ogrom spraw, co się nagromadziły za trzy lata mojej tam nieobecności. Zdawało by się, co za problem, to tylko 130 km! A się okazało, że jednak trochę problem. Jako obywatelka, która jeszcze ma stałe zameldowanie na Białorusi, nie mogę sama wyjechać samochodem na polskich tablicach. No bo przecież mogę tam go sprzedać :) Jechać z mężem... Skończył mu się paszport, trze wyrabiać paszport, potem wizę. To przynajmniej ze 4 dni wyrwania się z pracy. To nie do pomyślenia dla niego!!! :D Do tegoż, jeśli jechać razem, to trze brać ze sobą i Małego. A to znów że paszport, wiza... Mimo jazdy jeszcze uzbiera się konkretna kwota do zapłacenia za te wszystkie radochy, co nie zbyt mogliśmy sobie pozwolić. Ale sprawa jakoś ruszyła, znalazła się osoba, która zgodziła się ze mną pojeździć wszędzie, gdzie tylko trzeba. Nie za darmo, oczywiście, ale i tak dużo taniej, niż jak by my wszystko robili sami. Do tego kamieniem na sercu leżała mi zaniedbana posesja, dom rodzicielski. Wyobrażacie sobie, jak może wyglądać niekoszone przez trzy lata wiejskie podwórko? :( Ja wyobrażam, bo widzę takie coś dość często tu. Wiem, że ze strony patrząc, wygląda to na najzwyklejsze zaniedbanie :( Trudno komuś postronnemu wytłumaczyć, że życie czasem wnosi takie korektywy, których przy całej chęci nie zawsze da się przeskoczyć. Fakt, że cały czas to mnie strasznie dręczyło, nie dawało ani minuty spokoju. Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza, niż mogłam sobie pomyśleć. Gmina ponaglała z uporządkowaniem posesji, bo szpeci ogólny wygląd wsi (z czym całkiem się zgadzam), a ja nic na to nie mogłam poradzić, bo nie mogłam znaleźć nikogo, kto by chociaż po prostu wykosił ten cholerny busz :( Zapadła decyzja o sprzedaniu. Chętnych do kupienia było dużo, bo działka ma prawie 30 setek, bardzo atrakcyjnie usytuowana, ma ogromny sad, duży ogród, dużą jak dom letnią kuchnię, duży chlew, warsztat stolasko-slusarski, dużą piwnicę zagłębioną na podwórku i jeszcze kilka budynków gospodarczych. Tylko dom potrzebuje remontu, bo trochę dach przecieka, i podłoga w kuchni do wymiany. Ale jak ja usłyszałam cenę, jaką mi za to wszystko proponują! Myślałam, że dostanę zawału. Kolega męża, który mnie tam zawiózł, był zszokowany jeszcze bardziej. "Będziesz idiotką, jeśli to sprzedasz". Zaczęłam od nowa szukać, kto by się zgodził chociaż przy drodze wykosić. Kolega słuchał, słuchał i mówi: "A czego Ty się parzysz? W sobotę mam wolne, bierzemy wykaszarkę i naprzód! W tym czasie zrobisz dla swoich chłopaków wizy, będziecie raz na dwa miesiąca przyjeżdżać porządkować. I jeszcze zobaczysz - będziemy razem przyjeżdżać tu na wypoczynek." I tak, po czterech latach męczarni, przyszło proste rozwiązanie :) Czyż by to był rezultat pozytywnego nastawienia :D Kto nie wie, o czym ja mówię, niech zaglądnie na mój profil na Face :) 
   Tak było przed:




   A tak jest teraz, po 9 godzinach ciężkiej pracy w szalonym upale:





 
   No i teraz jestem taka szczęśliwa, że aż nie do wiary! O sprzedawaniu już nie ma mowy, sprawy z papierami ruszyły i z tej i z tamtej strony, gmina na jakiś czas jest zaspokojona, a moja dusza śpiewa z radości :) 

   W tym całym zawirowaniu jakoś prawie niezauważalnie przeszły wszystkie nasze letnie świąteczka: rocznica ślubu, imieniny męża, moje urodziny, potem imieniny (Janeczka, ogromne Ci dzięki za piękną karteczkę!!!), urodziny Eliaszka. Oczywiście, w gronie rodzinnym to wszystko się świętowało, ale bez pompy i fajerwerków :) Pokażę przynajmniej szczęśliwe dziecio ze swoimi prezentami :) To od siostrzyczki:

   To od braciszka i cioci:
   Aha, jest jeszcze rowerek od tata, mamy i babci, ale nie załapał się na razie na sesję zdjęciową :)

   No a oprócz tego oczywiście zbiór dojrzewających warzyw i owoców, przetwory, suszenie, pielenie, podlewanie, podlewanie i podlewanie. Upały stoją straszne, deszczów nie ma. Dookoła chociaż czas od czasu pada, a u nas ani kropelki :( Dużo co zasycha, bo po prostu nie da się wszystkiego podlać. Raz na kilka dni - pomimo ogrodu, folii i kwiatów w doniczkach - staram podlać chociaż kwitnące krzaczki. A trochę ich jest! Przekwitają, niestety, bardzo szybko. Z podlewaniem bardzo mi pomaga Nikita. Pracuje teraz razem z Jankiem w lesie, więc nie mogę potrzebować od niego zbyt dużo. Jasne, że i tak jest przemęczony i "ugotowany", ale dzielnie się trzyma :), i z roboty nie rezygnuje :) Zna teraz, jak ciężko się zarabiają pieniądze i - według jego uwagi - trze teraz bardziej wziąć się za naukę, by nie spędzić w takiej pracy całego życia :) 

   No i raz już jesteśmy przy nim... Nikita ze swoją dziewczyną chcą pojechać gdzieś tak 18-19 sierpnia do Warszawy. Pozwiedzać, odpocząć, "zaznaczyć" wakacje. Mam w związku z tym prośbę: czy mógł by mi ktoś chociaż przez jedną noc "przechować" tych moich dzieciaków? Albo poradzić jakieś zaufane miejsce do noclegu. Gwarantuję grzeczność, uczciwość i bezproblemowość :). Będę wdzięczna za każdą propozycję.

   Na froncie robótkowym w tym czasie jest cisza. Zrobiłam chyba tylko jednego zajączka, który od razu się mi sprzedał na małym jarmarku, na który byłam zaproszona od sąsiedniego powiatu (to ta niebiesko-czerwona dziewczynka).

   Oj, na dziś wsio. odrobinę popadało (WRESZCIE!!!) i muszę biec trochę w ziemi się pogrzebać, jeśli ją chociaż odrobinkę rozmoczyło. Bo inaczej nie ma szans, ziemia jak skała, łamią się narzędzia, a rośliny się uszkadzają i giną. Chociaż... kilka kropli po takiej suszy i tak raczej dużo nie zmienią. Ale przynajmniej kurz opadł :)

   Janeczka, ja też już dużo czego nie robię. Sałatki ogórkowe sprzed trzech lat stoją, nikt nie je. Teraz robię tylko to, co zjedzą na pewno.
   Ma Gota, czy ja Ci przepisy podałam? Bo pousuwałam z poczty listy i nie pamiętam... :(
  Mona, a wiesz, że o tych elektronicznych odstraszaczach jakoś nawet nie pomyśleliśmy. Dzięki za podpowiedź, poszukam, by na drugi rok były. To Ty tak blisko mieszkasz, a my jeszcze się nie znamy? :)

* * *
   -Jesce potsebuję traktorka, kombajnika, kosiarki i traktorka.
   - Po co Ci tyle? No kombajnika - to rozumiem, wszędzie koszą, to i Ty musisz. Kosiarka też. Ale traktory? I tak już z pięć masz. Ile ich Ci trzeba? 
   - Tatuś, nie rozumes? Musę mieć, bo mi tseba!
  Czyli dobrego sprzętu nigdy za wiele :D  Żelazna dziecięca logika :) 

* * *
Buziaczki dla wszystkich!

Pa!

7 komentarzy:

  1. Ech, Ty wiesz jak mi się marzy zobaczyć tą Twoją Białoruś. A co do noclegu to niestety, bo gdyby wybierali się nad morze do Gdańska to i owszem. Pozdrawiam i wszystkiego dobrego życzę:)

    OdpowiedzUsuń
  2. O matuchno.... jaki cudny ten domek, te niebieskie ramy od okien. Moje klimaty, kiedyś śniły mi się po nocach takie domki, obowiązkowo wśród brzóz. W życiu bym nie sprzedała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pracy trzeba ale jak pięknie teraz wygląda!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tylko nic nie pogub w tym biegu :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Odezwij się na mojego maila. Może coś ustalimy odnośnie noclegów. Pozdrawiam. Ania

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko ale pięknie tam na tej Twojej Ojcowiźnie , masz rację nie sprzedawaj .

    OdpowiedzUsuń
  7. O matko, wsiąkłam w Twojego bloga na dobre!! Cudowne urokliwe miejsca, masa energii, kreatywności i zapału, że o talencie nie wspomnę! I ostrzegam- będę tu wracać ;) w wolnej chwili zapraszam również w moje skromne blogowe progi, ale że jestem jeszcze w tej kwestii raczkująca, proszę o wyrozumiałość;) Pozdrawiam gorąco!

    OdpowiedzUsuń