Obserwatorzy

czwartek, 17 listopada 2011

Chwalę się... A co?

   Tyle mam do powiedzenia i pokazania! Siadam pisać, a słowa na pełzają jedno na drugie, myśl na myśli jedzie i myślą pogania. I tak to wszystko mi w głowie miesza, że sama już nie wiem, czym zacząć i na czym skończyć. Kurka! Dlaczego ja nie jestem pisarzem?!
   No, ale mniej o to...
   Dziękuję za zainteresowanie moim candy. Jestem nowa w blogowym świecie, więc nie myślałam, że dużo kogo zainteresuje nie wiadomo jaki prezent. Jak chyba już zauważyłyście, trochę zmieniłam wygląd blogu. To dlatego, że wciągnęłam się w zabawę z candy. Dużo jest linków, więc oddałam dla nich całą kolumnę. Jak już pisałam dla jednej z blogowiczek, robicie ogrom pięknych rzeczy, które ja sama albo nie potrafię zrobić, albo nie mogę znaleźć na to czas. A mieć bardzo chcę! Chyba nic w tym złego, nie?
   ---
   Co porabiałam w ostatnie dni? Wszystkiego po troszkę. Skończyłam dyniową... jak że to będzie po polsku? Po rosyjsku to się nazywa пастила - pastiłA, z akcentem na ostatnie A. Znów że, ze słodyczy wschodnich, haremowych :) Takie, można powiedzieć, żelki. Czyli dżem dyniowy, taki jak zalewałam w słoiczki, wylałam na tacę, wyścieloną papierem do pieczenia.

   Suszyłam kilka dni po prostu na powietrzu, można w piekarniku przy 60-70st. i przyotwartych drzwiczkach. Tak będzie szybciej. Dobrze jest razy dwa obrócić. Nałożyć z góry drugi papier i szybkim ruchem obrócić tacę. Latem prościej: na słońcu schnie w ciągu 2-3 dni. Jeśli dodać jakikolwiek Fix - jest jeszcze gęstsze i prościej z nim się obchodzić. Dzisiaj ja postanowiłam, że dość tego schnięcia. Pokroiłam na kawałeczki i, jak zwykle, obtaczałam w cukrze pudrze.
   Muszę powiedzieć, że bez pudru smak tych galaretek podoba mi się bardziej: jest kwaskowaty, aromatyczny. Ale bez pudru się sklejają. A tak poskładałam do puszki (przydała się ta od mleczka dla Księciunia) i czas od czasu po nie sięgamy. Ja tak pomyślałam, że można owinąć ich w kolorową folijkę - będą cukierki. A jeszcze można polać czekoladą. I w papierki. No wiem, wiem, szału już dostaję na tym punkcie - o tym pomyśleliście? Ale gdzieś na przestrzeni internetu przeczytałam ciekawą myśl. Pewna młoda mama, by nie dawać małemu dziecku cukierek i batoników, owijała w papierki po cukierkach suszone morele, orzeszki, rodzynki. Malutkie dziecko absolutnie nie znało smaku słodyczy i było strasznie zadowolone, że jest cukierki razem ze starszym rodzeństwem. A co? Z mego punktu widzenia myśl świetna! Jedno mogę powiedzieć: w wysłanym candy nie może zabraknąć pudełeczka tych łakoci. No, chyba że okazja się opóźni, i one nie przetrwają próby czasem i skończą swój krótki żywot w żołądkach pewnej rodzinki robaczków, nie znoszących przebywania wyżej oznaczonych słodyczy na ich terenie.
   Kurcze, ale zawinęłam...
   Co jeszcze? Odnalazłam wreszcie swój przepis na rybę po grecku. To znaczy, przepisów w necie więcej niż trzeba, ale ile ich wypróbowałam - wszystko nie to. Nie to, co by mi się spodobało. Problem tkwił w sosie. Przecier pomidorowy z przyprawami różnego rodzaju. Ostatnio spontanicznie rzuciłam się smażyć rybę, nie zauważywszy, że przecieru to akurat i nie mam. Sięgnęłam do piwnicy po keczup domowej roboty, który stoi u mnie już drugi rok. Chyba za dużo wszystkiego było, bo do niego jakoś tak gęby nie doszły. I - trafienie! Smak był akurat taki, o jakim marzyłam. Tu rybka z duszonymi ziemniakami o surówką z ostatnich, dojrzałych już w piwnicy, pomidorków.
   Ale teraz mam inny problem: nie pamiętam, według jakiego przepisu robiłam keczup :(
   Wczoraj prawie cały dzień zajęło mi robienie buraczków sałatkowych z papryką. Piwnicę mamy suchą i ciepłą, po tygodniu już wszystko zaczyna schnąć. Więc muszę przetwarzać. Przepis dostał się mi od Teściowej. Wszyscy w rodzinie ich uwielbiają. Jemy i jako surówkę do ziemniaków, ryby i mięs, i barszcz z nimi gotuję, i śledzika pod futerkiem czasem zrobię. Zdjęć nie podaję, bo kto nie zna, jak wyglądają tarte gotowane buraki? Jeśli kogo zainteresuje, to mogę podać przepis.
   ---
   Moje dziecio próbuje już opanować sztukę bawienia się grzechotkami. Wynikiem tego jest guzek na łebku i czerwone oko. Popatrzyłam na jego heroiczne starania i tak jakoś żal mi go stało :)) Więc zrobiłam mu  taką zabawkę:

   Muszę powiedzieć, że role swoją spełnia wprost świetnie. I, co najważniejsze, bardzo spodobała się dla Księciunia. I gryzł on ją (chyba już ząbki w drodze), i szarpał, jak piesek. A ile razy sam siebie po główce ogrzał - nie zliczyć. Wewnątrz włożyłam malutkie pudełeczko od koralików z kilkoma ziarenkami grochu (można i koralikami). Dźwięk bardzo przyjemny. I jeden problem z głowy. Przynajmniej na jakiś czas, póki
nie opanujemy tej trudnej sztuki całkowicie. Chyba na tym się nie zatrzymam. Już w głowie kolejne zabawki. 
  
A jeszcze kilka dni temu zrobiłam komplet zawieszek na komórkę i breloczek w prezent dla koleżanki syna. Tego starszego, ma się rozumieć. Dziewczyna lubi chyba klimaty wampirze, bo to zestawienie kolorów jakoś tak mi się kojarzy.


   Nie wiem, jak udaje się dziewczynom sfotografować swoje wyroby tak, że wyglądają niczym najdroższe na świecie diamenty. Już jak ja tylko nie kręciłam te błyskotki! A tam. Chyba pewnej wszystkim wiadomej baletnicy nie pomoże i najświetniejsza krawcowa :(

   A jeszcze udało mi się w końcu sfotografować zrobioną ze dwa miesiąca temu szkatułkę. Nawiana wyrobami wiadomo kogo ( o tu ):


   Oj, może starczy już tego chwalipiętostwa! Dołączyły tu do nas nowe dziewczyny (ROMA, Karolina, Tina - pozdrowienia!), muszę poszperać po ich blogach. A i na obserwowanych blogach dużo nowości. Czytania na pół nocy.
   Więc kolorowych kreskówek Wam w nocy życzę :)
   Pa!

9 komentarzy:

  1. Ogrom różności dzisiaj u Ciebie :)

    Nie znałam wcześniej takich słodyczy. Fajny pomysł.

    Pozdrawiam

    Ada

    OdpowiedzUsuń
  2. Aj, ta pastiłA... kupię jeszcze jakąś zapomnianą dynię w warzywniaku no nie??? Idę szukać w poprzednich postach o tym dżemie dyniowym. Bardzo fajny patent z tymi suszonymi owocami w papierkach:))) ehh szkoda, że moje dziewczynki już się nie dadzą nabrać... Cudna grzechotka:)))) i szkatułka też:)))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie mi się czytało Twoje opowieści;-)
    Śliczności grzechotka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszy raz widze takie łakocie, muszą być niezwykle pyszne, widzę że nie próżnujesz, ciągle coś przybywa w domu i w piwniczce. Rzeczywiście to ci klops, musisz sobie przypomnieć ten przepis na keczup, bo inaczej, znów smak będzie nie ten o jaki chodziło. Pomysł z grzechotką wspaniały, przynajmniej malec guzów nie będzie sobie nabijał. Breloki super, ja bardzo lubię połączenie czerwieni i czerni, te kolory świetnie się uzupełniają, szkatułka, co tu dużo gadać piękna, można w niej przechowywać wszystkie brylanty świata :) Pozdrawiam serdecznie z oszronionych dziś Jaworzyn :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś artystką, co tu dużo mówić. Nawet w kuchni uprawiasz poezję smaków.
    Jakość zdjęć jest bardzo dobra, to co piękne nie wymaga tricków , ani też super aparatów.
    Grzechotka jest niesamowita.

    OdpowiedzUsuń
  6. Grzechotka rewelacja- nie dość, że piękna, to jeszcze bezpieczna w użytkowaniu! Szkatułkę podziwiam, a na te pyszności... hm, skoczę sprawdzić w kuchni, czy chociaż jakiejś rybki w puszcze nie mam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Superowa grzechotka:) Nie mogę wyjść z podziwu nad tą szkatułką. Jest przepiękna:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Luda ... jestem pod wrażeniem Twoich przepisów !

    OdpowiedzUsuń
  9. Dżem z dyni sama robię, ale nie wiedziałam , że można z niego zrobić takie słodkości. Będę musiała spróbować, bylebym tylko do jesieni nie zapomniała.

    OdpowiedzUsuń