Obserwatorzy

poniedziałek, 18 lutego 2013

Obżarstwo - nie zbrodnia, to jest hobby :D

   Witajcie Kochani!
   Mam nadzieję, że chociaż ktoś z Was, chociaż odrobinkę, ale za mną tęsknił :) No bo ja to za Wami baaardzo. Z całego serca dziękuję za odwiedziny, tym bardziej komentarze. I witam nowych obserwatorów.  Cały czas się dziwię, że mimo mojej prawie całkowitej nieobecności na blogu ktoś jeszcze ma chęć do mnie zaglądać. Cieszy mnie to niezmiernie. No i będę w miarę sił swoje zaległości nadrabiać.
   Najpierw te nowości przyjemne. Od razu się pochwalę, że mamy dwójkę maluchów "kózkowych" :D (w nocy zdjęcie robione, więc przepraszam :)
    No, niby mojej zasługi w tym nie ma :), ale i tak dumna jestem :) No bo to pierwsze kozie "dzieciaki" w moim "dorosłym" życiu. Od kiedy pamiętam, rodzice trzymali kozy, ale akurat w tym procesie udziału osobistego nigdy nie brałam. Bałam się cholernie! Biegałam do chlewa, jak bym piórko w pewnym miejscu miałam. Ale jakoś tak się stało, że wszystko się stało pomiędzy moimi wizytami. Ze dwadzieścia minut chyba mnie nie było :) Kuźka jest pierworódką, Dzika była strasznie, myślałam, że nie da nawet podejść blisko. Ale, dzięki Bogu, mleczka już popróbowaliśmy, jest pierwsza klasa. Chociaż, czyż może u mnie obejść się bez problemów? Wczoraj wieczorem obrządki przy kozach i królikach robił Nikita. Ja czarowałam przy kuchence, więc poszedł na dwór on. Ale później coś zakorciło mnie pójść do kozy. Myślę, jeśli koźlęta wszystkiego nie wyssały, to ukradnę troszkę mleczka dla Tajfuna. Nie zdążyłam wyjść z domu, jak słyszę, że moja koza drze się wniebogłosy. Myślałam, że buty zgubię, lecąc do chlewa. No... Koza w porządku, koźlęta też, biegają za mamką, ona od nich ucieka - cyrk w chlewie. Ja do wymienia, a ono mało nie pęka. Aha, to dlatego maluchy mamkę ganiają - ona nie daje się karmić :( Głodne biadołagi cały dzień. Cóż, kozę przywiązałam, trzymam, a ona zadem rzuca, jak dziki koń :( Jakoś tam ją utajmowałam, dzieciaki narzuciły się, jak by tydzień nie jadły, i powoli kózka się uspokoiła. Wycmoktały wszystko co do kropelki. No, masz babo do myślenia... I coś mi tak się wspomniało, jak dzień wcześniej, jak koźlęta ssały, a ja trzymałam kózkę, bo chciałam pozostałości wydoić (starzy ludzie mówią, że im więcej mleka ściągasz, tym więcej go będzie później do dojenia). Kotka się obok kręci, pachnie jej mleko. I w pewnym momencie widzę, że stara się ta kotka na miejsce koźlęta wleźć. Wtedy nie zwróciłam uwagi, szugnęłam tego kota i zapomniałam. Dzisiaj rano zachodzę, historia z rodeo się powtarza, z łowieniem i karmieniem też. Ale tym razem kot był sprytniejszy od koźlęta. I wszystko zrozumiałam: pewnie kot próbuję ssać kozę i chyba ukłuł ją kłami, a do tegoż obce zwierze i takie tam. Ot koza i ucieka, bo się boi. Kurcze, aż mi brzydko się zrobiło. W zasadzie nigdy nie biję zwierząt, ale temu kotu to dowaliłam! Ale się okazało, że obok pozostałe dwoje czekają :( Obłożyły biedną kozę, że ona i obronić się nie może, tylko uciekać. Ludzie, ja nigdy o czymś takim nawet nie słyszałam, nie to żebym widziała :( Co ja mam teraz zrobić? Chlewy mamy choć i murowane, ale pod strychem są szpary dość duże, by kot wlazł. Specjalnie kiedyś takie pozostawiali, by one mogły wchodzić, łowić myszy i szczury, by wentylacja była. Nie ma możliwości zamknąć te chlewy tak, by kot nie wlazł. Mąż od razu w krzyk - wywiozę pod cholerę do miasta! I tak nic nie łowią, myszy ogony odgryźć gotowe, a koty tylko pod nogami się kręcą, żebrzą, chociaż miski pełne stoją. Córcia mówi, by popróbować ponakładać odstraszaczy. Może poradzicie co? Bo ja już głowy nie mam...

   Okej, poskarżyłam się. Dalej. A dalej: tylko co Tajfun wydrapuje się z ciężkiego zapalenia jamy ustnej. Cała buźka była w rankach. Dziecio marudziło, nie jadło, a my wszystko zrzucali na ząbki. Co prawda, wyrzynały się mu kiełki, wszystkie cztery na raz, więc pewnie i to się doczyniło. A wszystko do buzi wpychał, żuł, myślałam, że czerwone usteczka to natarte po prostu. Ale z rana już widziałam, co jest. Od razu do lekarza: płukania, dezynfekcji, spreje przeciwbólowe. Podziałało prawie natychmiast. Muszę powiedzieć, że dziecio moje na dziwo dzielnie wszystko znosiło. Wiem, jaki to ból, mam coś takiego czas od czasu, ale nie na taką skale. Więc podziwiałam moje maleństwo za cierpliwość i wytrwałość. No ale wiadomo, pod czas choroby marudzenia i kaprysów było co nie miara, bez snu co w dzień, co w nocy. U mamusi ani chwilki wolnego :( I to w tym samym czasie, jak przywieźli ze szpitala mamę i miała koza się cielić. Zmęczyłam się tak, że aż płakałam czasem.Na szczęście, kilka dni temu przyjechała córcia. Z powodzeniem zdała egzaminy i została na jakiś czas w domu. Bawi się z braciszkiem, spaceruje, karmi, myje - no dosłownie wszystko. Dziecio na krok jej nie odstępuje, ja trochę odpoczęłam, trochę porobótkowałam - wszyscy są szczęśliwi! Choroba praktycznie odstąpiła, ale teraz ja ze strachem myślę o tym, co będzie, jak Ala wróci na uczelnię :( Dziecio nas wszystkich zamęczy! :( No ale cóż... To życie :)

   Mam jeszcze jedną dobrą wiadomość: odblokowali mi PayPala! Pisałam już, że po zmianie karty płatniczej system komputerowy PayPala zablokował mi konto, bo nie mógł zweryfikować karty. Ludzie (obsługa) widzieli, że wszystko w porządku, a system blokował. Trwało to prawie dwa lata. Przed tym z powodzeniem sprzedawałam na Ebay ciuszki lalkowe i strata konta była dla mnie dość odczuwalna. Może i nie zbierałam kokosów, ale na opłatę akademika dla córci i co nieco na utrzymanie było. A to dla nas na prawdę dużo. No i mam! I znów pojawiła się chęć pobawić się lalkami :D Bo tę chęć straciłam, jak zaszłam w ciąży: nie mogłam patrzeć ani na lalki, ani na szydełko. I jeśli miłość do szydełka i drutów po porodzie wróciła, to lali moje leżały popakowane i pochowane w pudłach. Z miesiąc temu wyciągnęłam kilka i zaglądnęłam na swoje miłe lalkowe forum. No a teraz to już grzech zapominać o moich pięknościach :) Okazało się, że z "tamtych" czasów mam kupę niewykończonych ciuszków. Wtedy jeszcze mama co nieco pomagała, robiła na drutach podstawy, a ja ozdabiałam. No i zostały mi: a to bez guziczków, a to niepozszywane, a to bez ozdób. No i dwa dni już siedzę i dłubię :) Cieszę się niezmiernie!

   Z tej radości troszkę poeksperymentowałam w kuchni. Ostatnio nie miałam na to ani czasu, ani chęci. No a że córcia w pomocy... To ona i kopniaka (wirtualnego) mi walnęła (za co ogromniaste dzięki ode mnie ma): otworzyła kilka stron internetowych z propozycją obiadu :)   No, nie umiem ściśle trzymać się przepisów, trochę co pozmieniałam (co było w lodówce i zamrażarce), zrobiłam przepyszną zapiekankę! Muszę przyznać, że od dzieciństwa nie znoszę zapiekanek. Jakoś tak było w tamtych czasach, że zapiekanki mieliśmy tylko twarogowe i tylko lub w szpitalach, lub w stołówkach szkolnych i zawsze one były symbolem przymusu i niechęci. Ot, tak po prostu było u dzieciaków postanowione. Nie wiem, dlaczego, bo jak wspominam te zapiekanki, to muszę przyznać, że wcale nie były takie złe. No, ale jak dzieciaki coś sobie w głowy wbiją - wiadomo...Tak czy inaczej, ale niechęć do przygotowania zapiekanek miałam trwałą i niezmienną. Kiedyś tam raz czy dwa coś próbowałam zrobić, ale to tylko pogorszyło sytuację. Tak było aż do wczoraj. Niestety, sama zapiekanka na zdjęcie się nie załapała, nie zdążyła. Żarłoki byli sprytniejsi :D  I to wszyscy w rodzinie, co nie tak często się zdarza :) Oto pozostałości porą wieczorową:

    Eeee... no, muszę przyznać, że nie wygląda to najlepiej... Ale tylko tak wygląda, bo w rzeczywistości wyglądało i smakowało bosko! To zza światła w kuchni: szkło żółto zielone, dlatego rzeczywiste kolory bladną. Ale uwierzcie mi, że warto tej zapiekanki popróbować. Robi się łatwo i szybko. Szczegółnie, jak ktoś ma w domu pełną zamrażarkę :)
   I tak, oto
ZAPIEKANKA Z MAKARONU
   1. W osolonej wodzie podgotować makaron, by tylko troszkę zmiękł. W ideale to mają być płaty łasagne, ale myślę, że nie ma większego znaczenia, oby tylko nie rozgotować w kaszę. U mnie to były zwykłe łazanki z marketu.
   2. W tym czasie podsmażyć na odrobinie oleju cebulkę i marchewkę, różne inne chciane warzywa. U mnie były zamrożone tarte seler, pietruszka, krojona cukinia, brokuł, papryka i duuużo szpinaku. Można fasolkę, kukurydzę, groszek - co tylko dusza zechce. Dodać kostkę-dwie rosołowe. Poddusić, z 10 minut wystarczy.
   3. Odstawić, dodać mielone mięso (też ile się zechce), dobrze wymieszać. Farsz musi być trochę rzadszy, niż na kotlety. Jeśli jest zbyt gęsty, można dolać rosołku, by łatwiej potem rozłożyć.
   4. Żaroodporne naczynie posmarować olejem (masłem, tłuszczem). Wyłożyć połowę makaronu, w miarę możliwości wyrównać. Wyłożyć farsz, wyrównać, wyłożyć pozostały makaron.
   5. Wymieszać kubek śmietany z dwoma jajkami, wylać na makaron, wyrównać.
   6. posypać tartym żółtym serem.
   7. Do piekarnika. Ja wstawiłam na jakieś 30-35 minut przy 180 st.
   8. Delektujemy się wyśmienitym smakiem. A więc - smacznego!

   Jak już eksperymenty - to eksperymenty :) Na kolację była

ZUPA SEROWA.

   1. Garść pozostałego od zapiekanki (albo świeżo przygotowanego - dowolnego!) farszu rozmieszać w garnku z wodą. Wrzucić kostkę rosołową.
   2. Podsmażyć na odrobinie oleju cebulkę z marchewką, dodać troszkę pokrojonej w paski (kostkę) wędliny (chudy boczek, szynka - bez znaczenia).
   3. Włożyć do garnka, gotować z 10 minut. 
   4. W tym czasie pokroić w kostkę chleb, podsmażyć w łyżce oleju. Jeśli kto ma dobre zęby :), to można chlebek wysuszyć na "kamienną" kostkę, ale i delikatniejsze grzanki dobrze idą :)
   5. Do zupy dodać 2-3 topione serki, gotować, mieszając, póki ser całkiem się rozpuści.
   6. Jeśli trzeba, doprawić solą i ulubionymi przyprawami, posypać ziołami.
   7. Nalać do misek, posypać grzankami.
   8. Mmmm... Jeszcze raz smacznego!

   No... Nie zupełnie mi ten serek się rozpuścił. Albo jakiś inny trze było kupić (bo to był najtańszy - ale  nazywał się - KAMELOT!!! - wow!), albo trzeba najpierw rozetrzeć go w małej ilości ciepłej wody, potem już wlewać do zupy. Tak czy inaczej, dania bardzo proste, szybkie, ale za to bardzo smaczne i sycące. No... nie dietetyczne, to prawda :(
   I na deserek kisiel
   Niebo w gębie, język w żołądku! Eeee... jakoś dość drastycznie to zabrzmiało... w stylu CSI... No nic, fakt, że rodzinka była zadowolona i cały wieczór leżała brzuchami do góry, próbując wyrównać oddech. Raczej nie zbyt to zdrowe, ale tak rzadko się zdarza, że wybaczyłam sobie :D

   Z robótek dzisiaj nici. Pozostawię to na kolejny wpis. Córcia jeszcze ze dwa dni będzie w domu, to może zdążę co nieco ukończyć i będzie co pokazać.

   Mysia, żeby moja mama do prac się nie rwała? Żartujesz chyba... Już ziemniaki obiera, naczynia zmywa... Wtedy chyba czuje się samodoceniona. No bo ja ją ganiam od roboty, a ona na mnie się obraża.
   Aniarozella, ale mnie wychwalasz :) Zwykła jestem :)
   Janeczkowo "...Dla mnie każdy drut to wróg..." A Ty z nim po przyjacielsku pogadaj - od razu zmięknie :) Chyba po prostu nie wzięłaś się za niego na serio. Bo to na prawdę łatwizna, dużo prostsza, niż frywolki. Inna sprawa, jeśli chodzi o drut srebrny, formowany. Tu i ja skłaniam głowę, bo nie potrafię
   Ziuta, Hajnówka ode mnie 4 km. :) Nurzec trochę dalej, ale niedaleko niego przyjaciółkę mam, Jaśkę.
   Bieta, wielkie dzięki! Też często zaglądam na ten portal. Pomysłów - co nie miara, inspiracji - życia nie starczy na realizację.
   I dla wszystkich wielkie dzięki za miłe słowa dla mnie i życzenia dla mamy! Przekazuje je dla niej, a ona do tej pory się dziwi, że kogoś obchodzi jej zdrowie :)

   No cóż... dobranoc! A raczej, dobrego ranka :) I lekkiego ale owocnego tygodnia życzę!

   Pa!

14 komentarzy:

  1. gratulacje koźlątek :)
    wczoraj był dzień kota podobno ;) więc może dlatego te koty chciały jakoś to uczcic, delektując się kózkowym mlekiem ;p???
    ciekawa jestem tych lalkowych wytworków, mam nadzieję, że wkrótce pokażesz??
    :)
    a i przepisy godne wypróbowania...
    serkiem topionym zagęszczam ostrą meksykańską zupkę (mięso mielone,cebula, czosnek, papryka, kukurydza, ziemniaki, fasola czerwona, ostra papryczka chili albo "pepperoncino" ;p) i na topie dla mnie i mojego roczniaka jest ostatnio spagetti z sosem na serku topionym i z brokułami i ziołami!! pychota!! :)
    z przyjemnością czytało by się Ciebie częściej...
    dobrego dnia!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje koźlątek, współczucia w doglądaniu, ale może mamka się przyzwyczai i będzie karmić młode.Przepisy rewelacja, będę je wypróbowywać. Pozdrawiam , życzę zdrówka i cierpliwości. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszesz, że... rzadko piszesz, ale jak już napiszesz!:)
    Gratuluję koźląt!
    Z tym wymieniem i mlekiem to jest u wszystkich ssaczych matek tak samo. Ssanie (dojenie) pobudza laktację. Najgorszy jest przestój w karmieniu (dojeniu), bo "rozbuchana" produkcja mleka daje się we znaki samicy. Dobrze, że sytuacja opanowana :)
    Zapiekanki uwielbiam, nie dorobiłam sie nowej kuchenki wiec na razie nie mam takiej możliwości (piekarnik padnięty), za to muszę sobie zupę serową ugotować, bo przepadam, a jadłam juz tak dawno temu....
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale pysznie! Gratuluję nowego potomstwa ;o) cudne są!

    OdpowiedzUsuń
  5. Luda... a gdzie są Twoje nowe wytworki , co ?????
    mój organizm pewnych rzeczy nie przyswaja np. śmietany w zupie... sera niestety w zupie też nie !!!
    ja tam wolę Twój serek/twarożek z dżemikiem... hihi
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja rodzince robię podobną zapiekankę, tylko moi wolą z ziemniakami pokrojonymi w plasterki. Życzę Ci dużo sił do pokonywania codzienności. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tęskniłam , pewnie że tęskniłam :)
    Zapalenie jamy ustnej to paskudztwo , mój nastolatek będąc słodkim brzdącem też je miał , brrr , dał mi wtedy popalić.Zapiekankę z całą pewnością zaserwuję rodzince
    Pozdrawiam serdecznie .

    OdpowiedzUsuń
  8. Słodziak z tego Eliaszka :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja tęskniłam, bo bardzo lubię do Ciebie zaglądać. Twój synek to śliczne dziecko :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nigdy nie sądziłam, że koty mogą dobierać się do koziego mleka i być konkurencją dla koźląt:)). Jeżeli nie można uszczelnić obory, to jedyna rada, jaka przychodzi mi do głowy - zamknąć koty w domu. Bardzo podobają mi się kozy i w przeszłości żartowałam z męża, że kupię kozę pod warunkiem, że będzie ją doił, bo ja nie umiem. Potem wszystko się zmieniło. Ech życie...
    Serdecznie pozdrawiam całą przemiłą rodzinkę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Za to wspaniałe okraszanie robótek smakowitymi przepisami kulinarnymi zapraszam do mnie po wyróżnienie!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jako, że uwielbiam wszystko co serowe, chętnie pożyczę przepis na zupkę :) wygląda pyyyysznie! Nigdy nie widziałam kózkowego maleństwa :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję za "pobudkę" - choć trochę trwało zanim dotarałam do swojego bloga.
    Gratuluję koźlaków, szkoda tylko, że te koty takie łase na łatwy posiłek.
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń